Co nowego?
Zanim zaczniesz czytać i oglądać tę fotorelację - wrzuć sobie na słuchawki moją playlistę seszelską na Spotify :)
Największą, a może jedyną wadą Seszeli jest to, że będzie mi w przyszłości ciężko, o ile w ogóle, zaplanować wakacje w piękniejszym lub równie atrakcyjnym miejscu.
Trochę nam zajęło znalezienie celu spędzenia wakacji, a że na takich prawdziwych nie byłem już dość dawno, to wymagania były wysokie. Miało być cudownie, egzotycznie, wyjątkowo, zwiedzalsko, ambitnie, ale też tak, żeby głowa odpoczęła od wszystkiego. Tylko głowa :)
Odpadły zatem z wielu różnych powodów, których tu nie będę przytaczać: Madera, Lanzarotte, Meksyk, Madagaskar i na końcu Mauritius. Padło na Seszele! Po analizie ofert firm turystycznych szybko wykalkulowaliśmy, że żadna z nich nie spełni naszych oczekiwań, a już na pewno nie zmieści się w planowanym budżecie. Padło więc na takie wakacje, jakie lubię najbardziej, czyli organizowane samemu.
Po analizie atrakcji i po rozmowach z tymi, którzy już Seszele zaliczyli, wyszło nam, że obowiązkowo trzeba odwiedzić trzy wyspy: Mahe, Praslin i La Digue. Rozkład lotów moich ulubionych linii lotniczych, czyli Qatar Airways dał nam w planowanym okresie – siedem pełnych dni na Seszelach. Nasza wiedza o miejscowych atrakcjach zaproponowała nam taki układ pobytu na wyspach: jeden dzień na Mahe, dwa dni na Praslin i cztery dni na La Digue. Jak się później okazało i co też potwierdzili lokalsi, był to idealny układ!
Dzięki takiemu rozkładowi pobytu zwiedziliśmy wszystkie, wg nas najciekawsze miejsca na Seszelach. Jakie wrażenia? Krótko pisząc kosmiczne! Co nas zaskoczyło? Oj sporo wymieniać, ale spróbuję :)
Plaże. Nie przez przypadek wiele z nich znajduje się w topie najpiękniejszych plaż świata! Te granitowe skały, te kładące się palmy, ten niesamowity piasek, ta krystalicznie czysta, turkusowa woda!
Parki narodowe z endemicznymi roślinami i zwierzętami sprawiające wrażenie, jakby były nie z tej ziemi!
Potężne żółwie lądowe. Spotykane tu i ówdzie na plażach, przy knajpach, przy gospodarstwach, wszędzie!
Temperatury. Przez cały nasz pobyt, czyli siedem dni i nocy, temperatura nie spadła poniżej 26 stopni, ale nie była też wyższa niż 27 stopni! Dla mnie to chyba największe zaskoczenie!
Totalny brak komarów, muszek, owadów nie tylko w hotelach! Prawdopodobnie z powodu wszędobylskich plantacji wanilii. Biedne te piękne gekony na ścianach, co one jedzą?
Powszechna obecność potężnych nietoperzy. To Rudawki? Są piękne i robią wspaniałe wrażenie, zwłaszcza na wieczornym niebie. Za to poza nimi, żółwiami i ptakami – niemal totalny brak zwierząt! :O
Drogi. Miejscami bardzo kręte, z dużymi kątami wzniesienia, wąskie z urwiskami na krawędziach bez żadnych barierek czy innych zabezpieczeń! Jazda tam, chwilami mocno podnosiła ciśnienie. Na drogach kilka razy spotkaliśmy przechodzące przez nie duże kraby! :)
Zaopatrzenie sklepów i knajp. Wyobrażacie sobie market bez Coli czy jajek? Czasem musieliśmy się zdrowo naszukać :) Albo brak zwykłej wody w knajpach przy plażach.
Rowery! Na La Digue prawie wcale nie ma samochodów. Wszyscy przemieszczają się na rowerach. Wspaniale wyglądały parkingi pełne rowerów, które można było zostawiać gdziekolwiek bez żadnego zabezpieczenia.
Wszędobylska nowoczesność na końcu świata. W zasadzie wszędzie można było płacić kartą, toalety były częste, dostępne i czyste.
Lokalsi. Bardzo serdeczni, pomocni i mega mili.
Komunikacja między wyspami. Promy punktualne i wygodne.
Przewodnicy wycieczek. Uczestniczyliśmy w dwóch takich: na wyspę Curieuse ze snurkowaniem przy wyspie St. Pierre oraz w przygodzie z przezroczystymi kajakami i rejsie z plaży d'Argent na plażę, na której nagrywano Robinsona Crusoe. Wspaniali, merytoryczni, weseli, serdeczni.
Fale! Potężne fale na plaży Grand Anse!
Czy wyprawa na Seszele jest droga? Analizując oferty biur turystycznych ceny zaczynały się od ok. 8 tysięcy złotych za osobę. Były to oferty na jednej wyspie z opcjami wykupienia dodatkowych wycieczek tu i ówdzie. Jestem zbyt biedny finansowo i chyba zbyt "bogaty" w głowie, żeby lecieć w tak piękne rewiry świata i zaszyć się w hotelu przy basenie w opcji "All excuse me". Dlatego wybraliśmy opcję samoorganizacji.
Podczas całego pobytu nie odmawialiśmy sobie niczego. Jedliśmy w super knajpach, mieliśmy śniadania w hotelach lub kupowaliśmy sobie na nie co tylko chcieliśmy. Też piliśmy co mieliśmy ochotę wypić i to niemało :) Ile wydaliśmy kasy? Nie 40 tysięcy jak niektórzy na FB sugerowali, nawet nie 30 tysięcy! Wydaliśmy po 10 tys. na głowę. Drogo za wakacje życia? Niektórzy wydają tyle za wczasy w Międzyzdrojach w zimnie i w deszczu. Nie krytykuję, bo kocham polskie wybrzeże, ale...
No Seszele są cudownie wyjątkowe i mega serdecznie wszystkim polecam i wszystkich namawiam! :)
Poniżej nasz chronologiczny pamiętnik ze szczegółami z kolejnych przygód, z nazwami hoteli, knajp, firm i wskazówkami do wykorzystania.
12 października 2025 r.
Dzień wyjazdu. I można sobie zafundować prezent na urodzinki? :) Podekscytowani wylatywaliśmy z chłodnej i lekko deszczowej Warszawy najlepszymi jak dla mnie liniami Qatar Airways. Po ponad pięciu godzinach lotu wylądowaliśmy na lotnisku w Doha (DOH), gdzie podczas oczekiwania na lot na Seszele zastała nas północ.


13 października 2025 r.
Tak! Po raz kolejny w tym roku w Doha i to na tym mega wyjątkowym, pełnym zieleni, nowoczesnym lotnisku. Mieliśmy kilka godzin czasu więc zaliczyliśmy małe zwiedzanko oraz oczywiście nie najtańsze tam – knajpy. O godzinie 2:50 byliśmy ponownie w samolocie, by po kolejnych sześciu godzinach wylądować na wyspie Mahé, na… Seszelach! :) Kocham te długodystansowe loty. W stosunkowo krótkim czasie można się znaleźć w zupełnie innym świecie! Tak było też i tym razem. Małe, bardzo klimatyczne lotnisko Seychelles International Airport (SEZ) przywitało nas sympatycznie wysoką temperaturą, więc tuż po odprawie poszliśmy (jak niemal wszyscy) przebrać się w letnie ciuszki. Pod lotniskiem już czekał na nas wynajęty wcześniej samochód. Głodni wrażeń wbiliśmy w nawigację nasz hotel Beau Séjour i ruszyliśmy. Oczywiście ruch lewostronny, z którym Agata będąca za kierownicą doskonale sobie radziła. Na początku :) Bardzo szybko okazało się jednak, że seszelskie drogi są miejscami bardzo kręte, wąskie i z urwiskami na krawędziach bez żadnych barierek czy innych zabezpieczeń! A że nasz hotel był położony na dość sporym wzniesieniu, to i droga wiodła niebezpiecznymi, stromymi serpentynami pod górę. Podjęliśmy decyzję o zamianie kierowcy. Nie żeby Agata sobie nie radziła, ale… żebym ja się czuł spokojniej :) Mieliśmy świadomość, że Mahe to ponoć najmniej atrakcyjna z zaplanowanych przez nas do odwiedzenia seszelskich wysp, ale i tak co chwilę się zatrzymywaliśmy, by podziwiać piękne, zupełnie nowe dla nas widoki. Zalogowaliśmy się w hotelu i pojechaliśmy zwiedzać Victorię – w końcu stolicę Seszeli. Miasteczko jak i atrakcje turystyczne, które przygotowaliśmy sobie do zwiedzenia, trochę nas zaskoczyły. Wszystko było takie jakieś małe i średnio ciekawe – zwłaszcza słynne Clock Tower czy świątynia Temple of Arul Mihu Navasakthi Vinayagar. Szybko uciekliśmy z „miasta” w kierunku tego, co ciągnęło nas najbardziej – natury! Chwilę później byliśmy już na naszej pierwszej seszelskiej plaży - Anse Royale Beach (Fairyland Beach)! Kilka fotek i pojechaliśmy dalej na południe. Jadąc chwilę później, tuż przy drodze zobaczyliśmy plażę z pochylonymi palmami (Anse Parnell). Postanowiliśmy się zatrzymać i… pierwsze zaskoczenie! Nie ma gdzie zaparkować. Trochę potrwało zanim znaleźliśmy miejsce. Plaża mała, klimatyczna, piękna. Między pochylonymi palmami rozwieszony hamak. Oczywiście nie mogliśmy nie zrobić zdjęć. Agata premierowo przypozowała, po czym poszliśmy do przyplażowej knajpy Surfers Beach Restaurant trochę wyluzować nasze tempo przy piwku. Przecież dopiero chwilę temu przylecieliśmy tu z końca świata i wszystko działo się tak szybko :) Już trochę spokojniejsi, ogarnięci, pojechaliśmy zwiedzać dalej. Kolejnym miejscem postoju była duża, położona po zachodniej części wyspy, plaża Anse Takamaka. Następnie zrobiliśmy sobie objazd całego zachodniego wybrzeża Mahe, by dojechać na północ do miejscowości Beau Vallon, gdzie postanowiliśmy przycupnąć i może coś zjeść. Jak zwykle ciężko było znaleźć miejsce do zaparkowania. Tym bardziej, że przy samej plaży w knajpach było sporo osób. Ostatecznie wylądowaliśmy w La Plage restaurant. Knajpa sama w sobie bez szału, ale że położona na plaży – wszystko nam się zgadzało. Zgodnie z prognozami zaczął delikatnie padać deszcz. Zebraliśmy się do hotelu ledwie do niego dojeżdżając w nocy i w deszczu tymi wąskimi, nieoświetlonymi, stromymi serpentynami. Resztę wieczoru spędziliśmy przy drineczkach, na naszym pięknym, dużym tarasie, z szumem deszczu i z rewelacyjnym widokiem na Victorię nocą.









14 października 2025 r.
Dziwne było to hotelowe śniadanie. Plasterki owoców, serów, wędlin na zafoliowanych półmiskach. Wszystko jakieś takie mało apetycznie wyglądające. Jajecznica taka jasna jakby z samych białek zrobiona. Nie byliśmy zachwyceni. Wypiliśmy kawkę, spakowaliśmy się i pojechaliśmy na dalsze zwiedzanie wyspy Mahe. Jadąc wzdłuż wybrzeża napotkaliśmy uroczą plażę Sunset Beach, a na niej miejsce, które było jakby stworzone do sesji foto! Z super egzotycznym klimatem i takim miękkim, naturalnym światełkiem. Postanowiliśmy porobić trochę fotek mimo, że nasze studio było co chwilę zalewane wodą. Pożegnanie z Mahe zrobiliśmy sobie w super knajpie The Boat House Restaurant w miejscowości Beau Vallon. Następnie udaliśmy się do portu, oddaliśmy samochód i o godz. 16:00 wystartowaliśmy katamaranem Cat Cocos w kierunku kolejnej wyspy naszych seszelskich wakacji – Praslin!
Na Praslin zaplanowaliśmy dwa dni intensywnego zwiedzania. Po wylądowaniu na wyspie odebraliśmy wynajęty wcześniej w Pristinecars samochód. Mieliśmy wesołą rozmowę z właścicielem firmy odnośnie jeżdżenia po wyspie i panujących na niej drogowych zwyczajach :) Super facet. Polecam firmę! Słońce na Seszelach zachodzi około godz. 18:00 więc czekała nas nocna jazda do hotelu Villa Anse La Blague. Jechaliśmy nieoświetloną, krętą drogą z kilkoma stromymi podjazdami. Musiałem być czujny, gdyż jadąc blisko oceanu przez drogę przechodziły… Kraby! Niektóre całkiem niemałe. Pierwszy raz w życiu taka historia u mnie. Do tego nasz samochód nie był demonem mocy i gdzieniegdzie trzeba było na podjazdach jechać na jedynce :) W hotelu przyjęła nas przemiła gospodyni. Okazało się, że hotelowa knajpa była jeszcze czynna, więc nie musieliśmy się już nigdzie ruszać na kolację. Hotel położony był tuż przy oceanie i wspaniale było wsuwać kolację przy towarzyszącym nam szumie fal. Oczywiście w nocy poszliśmy na plażę z uwagą przechodząc pod pełnymi kokosów palmami. Ponoć całkiem niemało ludzi na świecie ginie otrzymując kokosem w głowę. Dlatego lokalsi starają się omijać palmy! Tak robiliśmy i my.








15 października 2025 r.
Kolejnego dnia rano popłynęliśmy na wyspę Curieuse z nadzieją na randkę z żółwiami. Tuż po wylądowaniu na plaży Anse St. Jose i opłaceniu 20 € od osoby takiego „wjazdowego” do rezerwatu, dostaliśmy jakieś dwie godziny wolnego na chill na plaży. Mnie od razu zaintrygowały znajdujące się w oddali na linii brzegowej drzewa i chaszcze, gdzie zamierzałem Agacie zrobić kilka fotek. Poszliśmy i podczas robienia zdjęć moją uwagę przyciągnęła sylwetka wielkiego żółwia w krzakach. W pierwszej chwili myślałem, ze to jakaś rzeźba, posąg, ale po chwili okazało się, że on się rusza! Podeszliśmy do niego. Kontakt z takim kolosem w naturalnym środowisku robi niebywałe wrażenie! Jak się później okazało, był to samotnik "Obama". Obama jakiś czas temu powziął decyzję, że odłączy od towarzystwa z żółwiowego sanktuarium w Giant Tortoise Farm i pójdzie sobie wzdłuż wybrzeża na południe w stronę plaży Anse St. Jose. Jak pomyślał, tak zrobił. Droga zajęła mu trzy miesiące. Następnie ekipa z Farmy zabrała go z powrotem do domu motorówką. Obama uciekł jednak ponownie i poszedł tą samą trasą już tylko w 2 tygodnie :) Prowadzący Farmę podjęli decyzję, by uszanować jego wybór. Skoro jest tak mocno zdesperowany, by żyć w samotności, to niech ma. Czasem turystom zdarza się gdzieś na niego trafić. Nam się udało, nawet w ogóle jeszcze wtedy nie znając jego historii. To jedyny żółw na wyspie Curieuse żyjący poza Sanktuarium - samotnie. Mieliśmy mega szczęście! :)
Po odpoczynku na Anse St. Jose wybraliśmy się całą wycieczką w kierunku właśnie tego sanktuarium, czyli Sanctuaire des tortues przy zatoce Baie Laraie. Szlak wiódł przy wybrzeżu namorzynowym po specjalnej kładce, z której rozciągały się kosmiczne widoki i... pod którą w ciekach wodnych pływały np. płaszczki czy rekiny. Bliżej sanktuarium napotykaliśmy też żółwie.
Stacja badawcza? Farma? Mi najbardziej pasuje określenie Sanktuarium. To genialne miejsce, w którym znajdziesz masę przezabawnych żółwi olbrzymich, które tam łażą wszędzie, pozują do zdjęć, kąpią się, jedzą liście oraz (najsmaczniejsze) kwiaty hibiskusa! Sanktuarium znajduje się przy pięknej plaży Anse Papaie. Tam też nasza wycieczka miała grilla z pysznymi lokalnymi przysmakami i piwkiem :) Jak już wszyscy się ojedli i opili, to popłynęliśmy na snurkowanie w okolicy wyspy St. Pierre. Szczerze – snurkowanie nam nie podeszło. Takie trochę na siłę. Pogadaliśmy z przewodnikiem i sam nam powiedział o problemach z niszczeniem rafy koralowej i że w tym miejscu wszystkie firmy snurkują, żeby ocalić rafę w innych miejscach. Po powrocie na Praslin, lekko zmęczeni, kontynuowaliśmy zwiedzanie. Natrafiliśmy na opuszczone kasyno! Tu musiało być kiedyś gruuubo. Obecnie – ruina. Pożegnalny wieczór oczywiście na plaży przy naszym hotelu. Nie ważne czy dzień czy noc - było non stop 26 stopni - genialnie! No i te śmiechowe kraby biegające dookoła i skanujące nas tymi śmiesznymi oczyskami :)


















16 października 2025 r.
To był ostatni dzień na wyspie Praslin i jedyny podczas całego seszelskiego wypadu, podczas którego chwilami popadywał deszcz. Jeszcze w Polsce, planując wycieczkę rozmawialiśmy o tym, że byłoby fajnie być w rezerwacie Vallée de Mai właśnie w czasie deszczu, gdyż podobno roślinność jest tam tak bogata, że tworzy potężne „parasole”, dzięki którym krople wody nie docierają do gruntu. Stało się tak jak chcieliśmy. Było genialnie! Rzeczywiście dziewiczy las w Dolinie Mai to istny obłęd. Roślinność jak w potężnej i gęstej dżungli. Nie przez przypadek wpisana na listę Światowego Dziedzictwa przez UNESCO. To jedyne miejsce na świecie, gdzie można znaleźć naturalnie występujące okazy lodoicji (palmy) seszelskiej wydającej z siebie potężne kokosy morskie (coco de mer), które są symbolem Seszeli. Dolina Mai jest też domem dla kilku najrzadszych na świecie ptaków, a w tym zestawie - czarnej papugi. Tę papugę udało nam się nawet i dostrzec, ale niestety nie udało się zrobić zdjęć :( Co ciekawe – poza tymi kilkoma ptakami, nie było tam żadnych zwierząt! Mimo średniej pogody, na koniec dnia postanowiliśmy odwiedzić podobno jedną z najpiękniejszych plaż świata, czyli Anse Lazio. Robi niesamowite wrażenie, choć zabrakło nam trochę słoneczka. Wieczorem obraliśmy kierunek na port gdzie po oddaniu samochodu popłynęliśmy promem na ponoć najpiękniejszą wyspę Seszeli – La Digue!
La Digue! Cóż to za wyjątkowa wyspa! Wyspa bez samochodów! Wyspa, którą rowerem można przejechać wzdłuż w niecałą godzinę! Wyspa, która mimo swoich niewielkich rozmiarów jest otoczona masą pięknych plaż, z których kilka uznaje się jako najpiękniejsze na świecie! Wyspa, na której ma się non stop poczucie przebywania w jakimś turystycznym raju! Dlatego na pobyt na tej wyspie przeznaczyliśmy aż cztery dni naszej wycieczki. Na La Digue dopłynęliśmy wieczorem i zalogowaliśmy się w KOUNOUS Self-Catering Apartments w głównej miejscowości wyspy, czyli w La Passe. Dlaczego tam? Nie dość, że to super fajne apartamenty, to dzięki centralnemu położeniu La Passe na wyspie - wszędzie było blisko! Okazało się też, że miejsce jest prowadzone przez fantastyczną ekipę, a z szefem od pierwszego spotkania do dziś mamy super kontakt. Po zalogowaniu w apartamencie, oczywiście kolacja. Padło na knajpę Fish Trap Restaurant & Bar w samym centrum. Tradycyjnie wsunęliśmy jakieś przepyszne owoce morza :)








17 października 2026 r.
Poranek przywitał nas niespodziewnie wcześnie pianiem kogutów dobiegającym z sąsiadującego z naszym hotelem gospodarstwa. Co ciekawe – na trawniku owego, pomiędzy kurami przechadzał się żółw :) Dzień zaczęliśmy od zakupów żarciowych, gdyż w apartamentach mieliśmy opcję bez śniadań. I dobrze, bo śniadania w poprzednich seszelskich hotelach nas nie urzekły. Była niezła zabawa, ponieważ choćby w poszukiwaniu ulubionych przez nas jajek odwiedziliśmy większość miejscowych marketów, a zdobyliśmy je dopiero… na stacji benzynowej, tuż obok naszego hotelu! Co ciekawsze, na owej stacji mogliśmy też nabyć dowolne alkohole, wodę, colę itd. Więc już po innych sklepach w kolejnych dniach nie musieliśmy się szwendać. Po śniadanku odebraliśmy wynajęte dla nas przez hotel rowery i ruszyliśmy na północ wyspy. Jechałem pierwszy raz rowerem od czasów podstawówki! :) Tego się nie zapomina, ale było ciężko jechać, gdyż oczy krążyły dookoła podziwiając napotykaną na każdym metrze egzotykę. Kolejne plaże, knajpy, bary. Szok ile rowerów i… żółwie! Chodzące sobie ot tak przy drodze, przy knajpach :) Dojechaliśmy do położonej tuż przy drodze pięknej plaży Anse Patates. Kilka zdjęć, potem krótki chill w knajpie z super muzą. Seszelskie wczesne zachody słońca sprawiają, że wieczorem jest króciutko z czasem. Tego dnia czas przy zachodzie słońca spędziliśmy na plaży w La Passe przyglądając się jak lokalsi kupują ryby prosto z łodzi. W ogóle tam było jakieś ichnie święto, chyba polityczne coś. No sporo ludzi było i było super przyglądać się ich zachowaniom. Wieczorkiem na kolację do knajpy – tym razem The Black Bull Café & Café :)







18 października 2026 r.
Nadszedł ten dzień! Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy w kierunku ponoć naj naj plaży na Seszelach i na świecie czyli…? Anse Source d'Argent. Wpisujesz w necie: Seszele i w 90% przypadków widzisz zdjęcia z tej właśnie plaży (najczęściej z drona!). Cudowny piasek, błękitne niebo, palmy i te potężne granitowe skały. Jadąc do celu, najpierw przejechaliśmy przez plantację wanilii i kokosów L'Union Estate Farm, między innymi dzięki której na Seszelach nie spotkaliśmy żadnego komara :) Po zaparkowaniu naszych maszyn na potężnym parkingu rowerowym postanowiliśmy przejść całą plażę wzdłuż brodząc w wodzie. Jak się później okazało – to nie był najlepszy pomysł. W najgłębszych miejscach ja miałem wodę po kąpielówki, a Agata prawie tonęła :) Po spacerku zrobiliśmy sobie klasyczny plażing, niezdrowo paląc sobie skórę i kąpiąc się w oceanie :) Spragnieni, wracając w kierunku parkingu, odwiedziliśmy Robinson Crusoe Bar, w którym jak prawie w każdym seszelskim barze popołudniu - nie było już wody! :) Na szczęście były kokosy i… piwo. Starczy :)
Wracając z plaży Anse Source d'Argent pojechaliśmy na drugą stronę wyspy La Digue - na słynną plażę Grand Anse. Zaś za namową naszego szefa z hotelu, poszliśmy dalej szlakiem na północ, by po ponad godzinie, po pokonaniu wielu wzniesień i skał dojść do.... wg mnie najbardziej malowniczej plaży na Seszelach czyli... Anse Cocos! Było już późne popołudnie i światełko uciekało z każdą chwilą. Chcąc porobić choć kilka fotek, musieliśmy się ścigać ze zbliżającym się ku zachodowi słońcem. Wielki szacunek dla Agaty, która po długim brodzeniu w wodzie na Anse Source d'Argent, po jeździe rowerem przez całą wyspę, po przejściu w klapkach tej długiej i wymagającej trasy, na zdjęciach tak pięknie i świeżo wyglądała, zwłaszcza..., że w barze Coco Bar również nie mieli wody, ale zaś Agata dostała kokosa, a ja piwo :) To była super miejscówka i wyszła nam super sesja-hesja! Po powrocie z plaży, przy kolejnym drinku zwycięstwa, podziwialiśmy z hotelowego balkonu „latające lisy”, czyli widziane niemal wszędzie, monstrualne nietoperze z rodziny rudawkowatych (Rudawka Wielka). Szkoda, że nie miałem sprzętu, by zrobić lepsze zdjęcia. Kolejny powód, by tam wrócić :) Zasłużyliśmy na pyszną kolację, ponownie w The Black Bull Café & Café :)








19 października 2026 r.
Nie dawała mi spokoju nasza wczorajsza wizyta na tej najsłynniejszej plaży Seszeli, czyli Anse Source d'Argent. Siedząc w ustronnym miejscu przeglądałem Internety i to co widziałem na sieciowych fotkach nie odpowiadało temu, co my widzieliśmy w realu. Chyba gdzieś, jakoś daliśmy ciała. Skoro jednak byliśmy tak blisko, to była jeszcze opcja zrobienia poprawki! Poszperałem w sieci, znalazłem kilka opcji i już po śniadaniu jechaliśmy rowerami ponownie w kierunku Anse Source d'Argent. Cel? Wzięcie udziału w czterogodzinnej wyprawie przezroczystymi kajakami, która wiodąc wzdłuż wybrzeża miała się skończyć w okolicach plaży, na której w 1997 roku nagrywano niektóre sceny do filmu Robinson Crusoe z z Pierce’em Brosnanem. Dojechaliśmy na miejsce i totalnym fartem, w ostatniej chwili udało nam się dołączyć do tego specyficznego spływu. Już po kilku chwilach cieszyliśmy oczy widokami Anse Source d'Argent z zupełnie innej, lepszej perspektywy. To była super opcja! Organizatorzy połączyli nasze kajaki i płynęliśmy takim kajakowym pociągiem ciągniętym przez motorówkę z przystankami na co ciekawszych stacjach, na których słuchaliśmy opowieści o tym co widzimy. Po godzinie dotarliśmy do plaży Robinsona Crusoe, gdzie poza fajnym chillem, obejrzeniem samej plaży i jaskini w której mieszkał, nauczyliśmy się jak pozyskiwać życiodajne składniki ze spotykanych tam roślin. Na przykład jak ogarnąć wodę z kokosa :) Po szkoleniu poszliśmy dalej na południe, aż do pięknej plaży Anse Marron. Widoki zapierały dech w piersiach, a przecież o to chodziło. No! Ta wyprawa wreszcie pozwoliła mi uznać plażę Anse Source d'Argent za zaliczoną i rzeczywiście cudowną. Czasem opłaca się dłużej posiedzieć na kibelku :)))
Jak już wcześniej wspomniałem, początkiem szlaku na plażę Anse Cocos była potężna i przepiękna plaża Grand Anse. Byliśmy na niej w dniu wczorajszym, pojechaliśmy i teraz. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą jak uwielbiam duże fale! A tego dnia, w przeciwieństwie do wczoraj, były potężne! Majestatycznie szły w stronę brzegu jedna za drugą. I ten huk rozbijającej się wody, ta piana, ta rześka temperatura wody, ten wiaterek, ta zabawa, ta wielka przestrzeń! Taka plaża i tak mało na niej ludzi. Żadnych parawanów! Porównałem w głowie z wakacyjnymi plażami czy to we Władku czy w Kołobrzegu. No różnica totalna. Było cudownie! Biorąc pod uwagę tylko kryterium fal, była to najwspanialsza plaża, na której byliśmy na Seszelach! W ostatni wieczór pobytu na La Digue pojechaliśmy naszymi rowerami na północ. Zachód słońca trafił nas na plaży Anse Severe w pobliżu knajpy Bikini Bottom. Zrobiliśmy kilka zachodeksowych fotek i pojechaliśmy na kolację. Tym razem daliśmy ponownie szansę knajpie Fish Trap Restaurant & Bar. Ostatnia kolacja wakacji była dość wykwintna. Dla mnie ośmiornica, a dla Agaty kebab z owocami morza, którego wygląd mocno nas zaskoczył :)











20 października 2026 r.
Ostatni dzień w raju rozpoczęliśmy oczywiście od śniadanka, pakowanka i tradycyjnego zakupu pamiątek dla bliskich. Potem jeszcze tylko pożegnalne piwko/winko w Fish Trap i do portu na rejs katamaranem Cat Cocos z powrotem na Mahé. Tam już czekała na nas zamówiona wcześniej taksówka z mega kierowczynią, z którą mieliśmy potężną bekę śmiejąc się z osoby, która nie dawała sobie rady z otwarciem jej apartamentu – długa historia. Zanim się obejrzeliśmy – byliśmy już na lotnisku. Tam pożegnanie z Seszelami uczczone oczywiście rumem Takamaka i… Lot przez Dohę do Polski. Ciekawostka – na lotnisku obok naszego Boeinga 777-300ER stał samolot C-17 Katarskich Sił Powietrznych, no i tyle się nim wtedy przejąłem. Za to tuż po powrocie z wakajek napisał do mnie koleś, który widział mnie na lotnisku spijającego rum, a rozpoznał po koszulce SPFL z logiem HESJA na plecach oczywiście. Ponoć według flightradaru24 ten C-17 leciał do Doha całą trasę tuż za nami. Takie jaja :)





Najlepszym dowodem na to czy na Seszelach jest pięknie i czy je polecam niech będzie choćby fakt, że dzień po powrocie z Seszeli poleciałem na sesję air-to-air na Gran Canarię. Na wspaniałe, kultowe Wyspy Kanaryjskie! I Wiecie co? Nic a nic mnie tam nie urzekło! :O Już wtedy się zorientowałem, że tymi Seszelami to sobie grubo zepsułem w głowie inne wakacyjne kierunki…
Ale jak pięknie sobie zepsułem :))))
>>> WSZYSTKIE ZDJĘCIA <<<
[Przy okazji, jak cokolwiek z tego tekstu Ci się spodoba, albo skorzystasz z podanej wiedzy, to zawsze możesz postawić mi kawę :)