Tekściwo

hesja Air-Art Photography

25 STY 2020

ATAM #10

SAUDI ARABIA 2020 by AEROPACT

No to pierwsze w 2020 roku pokazy lotnicze, pierwsze focenie air-to-air i pierwszy ATAM już za mną. Wszystko za sprawą Aeropactu, który zaprosił mnie do organizacji fotoloto podczas 5-tego Forum General Aviation Sand&Fun, które miało się odbyć w dniach 23-26 stycznia 2020 roku na lotnisku Thumamah (ICAO: OETH) w Rijadzie (Arabia Saudyjska). Od samego początku temat wydawał mi się bardzo egzotyczny i trudny. Decydując się, nie wiedziałem nawet jak trudny. Miałem tylko bardzo przybliżone informacje. Wiedziałem, że mamy prawdopodobnie focić ze śmigłowca Sikorsky S-92, że naszymi modelkami mają prawdopodobnie być: Al Fursan, Saudi Hawks, Air Bandits, Jurgis Kairys, Pioneer Team, Aerosparx, Royal Jordanian Falcons oraz ewentualnie The Blades, S-92, F-15 i Eurofighter. Wiedziałem, że Aeropact pokrywa koszty hotelu, transportu lokalnego,  wejść na pokazy, „Welcome Pack”. Wiedziałem też ile sesja ma kosztować nas, fotografów. W sumie wyglądało wszystko wcale nieźle. Pierwsze co musiałem zrobić to zorientować się ilu fotografów jest w stanie na swój pokład zabrać S-92. Nie było to łatwe, gdyż takich informacji nie ma. Co z tego, że można oszacować po wielkości rampy ile osób pomieści śmigłowiec generalnie. Co jednak gdy przyjdzie do fotografowania? Czy rampa da nam szansę? Jak z widocznością? Jak z gazami wylotowymi z silników? Jakie prędkości będziemy mogli osiągnąć? Ostatecznie rampa wyglądała mi na porównywalną lub deczko mniejszą od tej w Skyvanie. Uznałem, że 10 osób na pokładzie to maksimum, by w miarę komfortowo fotografować zarówno z samej rampy jak i z bocznych okien.

S-92, taki śmigłowcowy Skyvan :)

Na bazie tej wiedzy stworzyłem ofertę i rozesłałem ją do powiązanych ze mną fotografów. Nie była to tania opcja. Jednak wcale nie droższa od innych komercyjnych propozycji krążących na europejskim rynku air-to-air. Wziąwszy pod uwagę egzotykę miejsca, wyjątkowość samolotów (zwłaszcza jetów) oraz fakt, że organizator pokrywał koszty zakwaterowania i jak się później okazało pełnego wyżywienia oraz transportu hotel-lotnisko (czego nie robi chyba nikt), to w sumie nic dziwnego, że skład wyklarował się bardzo szybko. Cieszyłem się, że wśród fotografów była grupa przyjaciół z Polski, że pojawiła się grupa fotografów z chińskiego stowarzyszenia Hainan i że byli znajomi z Tajwanu. Wszystko to sprawiło, że wypad nawet przed jego rozpoczęciem zrobił się jeszcze bardziej egzotyczny.


Miałem zatem fotografów, którzy wpłacili niemałe zaliczki i przybliżony ogląd tego co miało się zadziać w Arabii Saudyjskiej. Zacząłem cisnąć Aeropact o więcej i więcej konkretów. Napotykałem na ścianę milczenia. Nie dlatego, że Sebastian czy Hubert nie chcieli mi czegoś przekazywać. Po prostu oni nie mieli żadnych informacji ze strony saudyjskiej. Mijały dni, tygodnie, robiło się coraz bardziej nerwowo. Nie wiedząc co nas czeka na miejscu przygotowałem się na wszystkie warianty. Zrobiłem wiele prezentacji do briefingów z pustymi miejscami, w które planowałem wpisać konkrety już w Rijadzie. Przygotowałem scenariusze do sesji z samolotami solo i w formacjach, napędzanymi przy użyciu śmigieł i odrzutowych. Wszystkie zestawy dla różnych platform foto. Wszystkie zestawy dla opcji sesji dedykowanej i sesji z dolotu/odlotu na pokazy. Masakra ile tego napłodziłem. W tym czasie jak grom z jasnego nieba padła wiadomość o konflikcie między USA a Iranem i szaleństwie, które się rozpętało w regionie. Kilka dni później dostałem informację, że w związku z tym na pewno nie będziemy mieli S-92. A w takim razie co? Nikt nie wiedział. Prace trwały nad pozyskaniem C-130. Poszły pisma i zgody. Jeszcze przed wyjazdem poznałem „arabski styl” załatwiania spraw na zasadzie, że zobaczymy, że jakoś to będzie, coś się ogarnie. Dowiedziałem się, że na wystawę statyczną przylecą i F-15 i Eurofighter. Dodatkowo ma być też Tornado! Wreszcie dobre wieści. Skoro będą, to będzie szansa je ustrzelić na przylocie. Z listy modelek wyleciały za to Al Fursan, Royal Jordanian Falcons oraz The Blades. Wielka szkoda, zwłaszcza Al Fursan. O C-130 nie było żadnych wieści. Masakra jakaś - leciałem na sesję air-to-air nie wiedząc z czego będziemy focić i czy w ogóle.


Dość mocno zdenerwowany zacząłem się pakować na dzień przed wylotem. Przyjechali do mnie Góral i Artur i jakoś udało nam się upchnąć w trzech walizkach wszystkie zabezpieczenia. Po spakowaniu i zamówieniu taxi na 4 rano zrobiliśmy sobie małe party. Takie pożegnanie z alkoholem, gdyż zewsząd dostawaliśmy sygnały, że lepiej tego produktu ze sobą nie zabierać, bo może to się skończyć bardzo źle. Impreza okazała się jednak nie być taką małą. Pobudka po dwóch godzinach snu była z gatunku bezpośredniego zderzenia z tramwajem! Tyle dobrze, że nie zaspaliśmy. :) Lotu do Frankfurtu nie pamiętam. Morfeusz mnie pięknie przytulił. Nawet lądowanie mnie nie obudziło :D To tyle w temacie spania, gdyż w A330 Lufthansy do Rijadu nie mieściły mi się nogi między fotelami, a trudno spać jak nawet nie da się siedzieć. Podczas lotu oczywiście serwowano napoje alkoholowe, ale… tuż przed lądowaniem z głośników kilka razy popłynął komunikat, żeby nie mieć przy sobie żadnego alkoholu. Pierwszy raz w życiu przyleciałem do kraju z takimi restrykcjami. Pierwszy raz też, zostawiłem w samolocie małpkę Żytniej, którą kupił każdemu z nas Artur jeszcze na Okęciu. Artur i Góral byli jeszcze bardziej przezorni, bo zostawili owe smakołyki we Frankfurcie. Takie z nas pijaki. :)

Zabezpieczenia przed spakowaniem

Jak lecisz z doktorkiem to wiedz, że i samolot będzie inaczej skonfigurowany :)

Międzynarodowe Lotnisko Króla Chalida w Rijadzie bardzo ładne, nowoczesne i… pełne Arabów! To od razu przełożyło się na spore zamieszanie. Najpierw przy odprawie paszportowej, później przy wynajmowaniu samochodów. Okazało się, że aby wynająć samochód trzeba mieć datę ważności w prawie jazdy. Z moim obyło się bez problemu, bo ja miałem. Artur jednak miał prawko bez terminu i trzeba było wbić do innej firmy. Pamiętajcie: w Avis trzeba mieć prawko terminowe, w Enterprise już niekoniecznie. Mieliśmy dwa samochody dla całej naszej dziesiątki fotografów do dyspozycji na cały tydzień. Super sprawa. Miły gest ze strony Aeropactu. Po chwili już siedziałem za sterami naszego Kia Cerato w drodze do hotelu. Byłem ciekaw jak w Arabii Saudyjskiej będzie z ruchem drogowym. Okazało się, że wcale nieźle. Szerokie, oświetlone, dobrze oznakowane ulice. Saudyjscy kierowcy? Hmmm przejeździłem tam łącznie jakieś 800 kilometrów i muszę przyznać, że owszem zdarzały się dziwne zachowania, ale czułem się chyba bezpieczniej niż w Polsce.

 

Nasza fura!


Do hotelu Holiday Inn Riyadh – Izdihar dojechaliśmy po 20 minutach. Hotel zrobił na mnie od razu super wrażenie. Przestrzeń, palmy, egzotyka, zapach. Okazało się jednak, że hotel składa się z dwóch bliźniaczych potężnych budynków rozmieszczonych po przeciwnych stronach dwupasmowej jezdni. Co więcej – ja miałem pokój w tym drugim, nie w tym samym co Góral z Arturem. Jakoś się doczłapałem.  Pokój ładniutki. Było i biurko, było gdzie przyjąć przyjaciół. Wygodnie wszystko rozmieszczone. Rozpakowałem się i chciałem podłączyć sprzęt, a tu konsternacja. Przejściówka prądowa, którą wziąłem nie pasuje do gniazdka. Po chwili zorientowałem się, że do innego gniazdka nasza polska wtyczka pasuje idealnie. Trzecie było jeszcze inne. Niezły numer! Miałem chyba trzy albo cztery rodzaje różnych gniazdek w pokoju. W sumie patent ciekawy. Zawsze któraś wtyczka pasuje. :) Po zalogowaniu zacząłem szukać Sebastiana. Ciężko było. By umówić się w lobby, trzeba było wiedzieć w którym z budynków. Jak je zidentyfikować który jest który? Ten po lewej? Prawej? Od czego? :) W końcu zrobiłem screena z Google Maps i opisałem mój jako nr 1, drugi jako nr 2 i okazało się, że mieszkamy z Sebą w tym samym. Udało się spotkać. Pogadać. Oczywiście rozpocząłem rozmowę od pytania o C-130, czy udało się go ogarnąć, ewentualnie na kiedy będzie? Niestety nadal żadnych nowych wieści poza tymi, że „jety” (2x F-15, Tornado i Eurofighter) już wylądowały na lotnisku więc z focenia podczas ich przylotu nici. No trudno, trzeba rzeźbić w tym co jest. A co jest dowiemy się dopiero na lotnisku. Ustawiłem spotkanie z fotografami w sali konferencyjnej następnego dnia w południe, gdyż nasi przyjaciele ze wschodu przylatują dopiero nad ranem. Chłopaki, jako że byli głodni, a kolacja skończyła się o 23-ciej postanowili zamówić coś do jedzenia przez room service. Jakaż była moja radość gdy przeczytałem wiadomość od nich, że zamówili też piwo! Prosto od Seby poszedłem zatem do nich. Piwo było podane nie do końca zimne, ale za to puchary do piwa podano wypełnione lodem. Zgodnie z treścią przewodników, w których przestrzegano przed lokalną wodą i zawartymi w niej bakteriami, postanowiłem pić piwko bezpośrednio z butelki. Próbowałem się rozkoszować smakiem i myślą, że jednak jakieś alko w tygodniu będziemy ogarniać. Nie udało się. Piwo nie smakowało jak powinno. Chłopakom też nie. Dopiero wtedy nas tknęło by rzucić okiem na naklejkę – no tak – alkohol zero. I tak już zostało do naszego powrotu do Polski. Zero! Totalne zero alkoholu. Sześć dni. Dałem radę. O dziwo! :)

 

Lobby naszego hotelu

Mój piękny pokój

Takie ciekawostki w pokoju :)

W nocy przyleciał MarS i Tsai z Tajwanu, a wczesnym rankiem czteroosobowa ekipa z Chin (Meng, Chen, Wei i Jiang). Byłem przekonany, że bez problemu zalogują się w pokojach, gdyż recepcja od dawna miała listy z naszymi danymi, też przyjazdów. Niestety tak się nie stało. Rano, gdy zszedłem na śniadanie zobaczyłem siedzących Chińczyków w lobby! Przywitałem się i dowiedziałem, że pokoje będą dla nich dopiero od 15-tej! Interwencja w recepcji na nic się zdała. Dopiero Sebastian jak poszedł z laptopem, to okazało się, że na recepcji mieli starą listę i pokoje będą gotowe, ale trzeba poczekać godzinkę. No to w takim razie zaprosiłem chłopaków na śniadanie. I to nie było łatwe, gdyż pan wpuszczający na salę wymagał, by byli zameldowani. Znowu Seba zadziałał. Weszli. Ufff. Restauracja okazała się być jednym z największych przebojów wyjazdu. Duża przestrzeń, a nade wszystko przepyszne i potężnie rozmaite jedzenie. W zasadzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie i to w wielu odsłonach. Było też miejsce, gdzie było robione śniadanie na ciepło na zamówienie przy Kliencie. A kolacje? To w ogóle sztos! Każdego dnia był inny rodzaj kuchni. W pierwszy wieczór na przykład były owoce morza. Potraw może ze trzydzieści? Jedna piękniej wyglądająca od drugiej i wszystkie przepyszne! Sam kąt z deserami wielkością przebijał szwedzkie stoły w wielu innych restauracjach hotelowych. Przyznam szczerze – zwariowałem. Każdego dnia wypadu nie mogłem się doczekać odwiedzin restauracji i delektowania się tym, co lokalni szefowie kuchni dla nas przygotowywali. Ja mimo wszystko starałem się zachować umiar (patrz: wagę), chłopakom i po sześć kursów po żarcie brakowało. A niech! Oby byli zadowoleni. Tak więc jestem przekonany, że na jedzenie na pewno nikt nie narzekał.

Jeden z wielu stołów ze smacznościami podczas kolacji

Słodkości :)

Tymczasem zakończyło się śniadanie, a ze strony hotelu kolejna niespodzianka. Panowie z Chin muszą za nie zapłacić. Kosmos! Znowu Sebastian musiał interweniować. Wreszcie po dwóch godzinach dostali pokoje. Powiedziałem by poszli chwilę odpocząć i że spotkamy się w południe w zarezerwowanej sali konferencyjnej. Potwierdziłem rezerwację sali i poszedłem do pokoju. O 11.30 przyszedłem do lobby by ogarnąć salę, a pani u której wszystko załatwiałem nagle mi mówi, żebym pokazał swoją „Licencję Trenera” (?!) bo bez tego sali wynająć nie mogę. Seeeba!! Tu jednak i Sebastian nie dał rady. Masakra z tymi ludźmi. A jak nie konferencyjna to może ta sala tuż obok lobby? Ok – ale ona jest dostępna dla wszystkich – odpowiedziała pani. Tam możemy zrobić spotkanie, ale pod warunkiem, że nie zamknę drzwi. :D Zamknięcie drzwi to już opłata za wynajem. :D Masakra. Piszę o tym, by pokazać „arabskie podejście” do ogarniania spraw. Dokładnie tak wyglądało na każdym kroku. Coś, co było załatwione i pewne, okazywało się niezałatwionym i prawie zawsze zderzało się z taką charakterystyczną, obojętną, zdziwioną miną tych ludzi, którzy mimo, że byli za coś odpowiedzialni, to im to jakoś szybciej przechodziło.  


W końcu spotkaliśmy się na tej sali. Drzwi nie zamknąłem, ale przymknąłem. :) Pani chodziła zdezorientowana, bo chyba takiego wariantu nie przewidziała. Zacząłem przemowę. Łatwo nie było. Ludzie z całego świata, napaleni na focenie, w sumie od razu by jechali, latali, focili, a tu ściana. Staje taki hesja i mówi im, że w sumie nic nie wiadomo, że to co było załatwione poszło się… a to co jest załatwiane jest bardzo niepewne. Tłumaczyłem sytuację USA-Iran, tłumaczyłem sytuację Arabia Saudyjska, tłumaczyłem sytuację Aeropact, tłumaczyłem sytuację ATAM i… sytuację ja. Jedyny pozytyw był taki, że chłopaki okazali się bardzo wyrozumiali. Gdyby mi się trafił jakiś roszczeniowy typ, to pewnie byłoby grubo. Doskonale rozumiałem sytuację zarówno Aeropactu, który robił co mógł by ogarnąć dla nas jak najwięcej i niestety napotykał na każdym kroku arabskie podejście do tematu. Doskonale też rozumiałem sytuację fotografów, którzy przyjechali z końców świata, wydali kupę kasy na bilety, na zaliczki za sesję, wzięli urlopy, zrezygnowali ze świąt z rodziną. Tak, tak, ów tydzień to przecież noworoczne świętowanie w Chinach. Podszedłem zatem do tematu z maksymalną empatią i starałem się bez ściemy i nadętego marketingu postawić sprawy jasno. Oki, jakoś poszło. Zebraliśmy się i pojechaliśmy na lotnisko. Artur zabrał czwórkę z Chin, a w moim samochodzie poza MarSem i Góralem chłopaki z Tajwanu. Do lotniska jakieś 50 minut jazdy. Ciekawe klimaty po trasie. Totalna egzotyka. A to facet pakuje wielbłąda na pakę samochodu, a to jakieś dziwne stragany po drodze z drewnem, a to jakieś dziwne domostwa tuż pod wielkimi wydmami piachu. Podjechaliśmy na stację paliw i zwariowaliśmy na punkcie cen. Olej napędowy poniżej złotówki, benzyna 92 oktany chyba po 1,3 zł :) No tak to można żyć! Za 60 zł pełny zbiornik!

Wesoła ekipa :)

a to kangury, a to wielbłądy ;)

 

Dojeżdżając na lotnisko naszym oczom ukazał się piękny obraz. Stojące na betonie lotniska dwa samoloty F-15, Eurofighter i Tornado. Takie samotne, w sumie prawie bez żadnych osłon i bez ochrony ze wspaniałą, jakąś ścianą skał w tle. Już widziałem, że się wszystkim oczy zaświeciły. Nasze przepustki otwierały wszystkie drzwi. Szybko znaleźliśmy hangar pod którym zaparkowałem samochód. Obok hangaru był wielki namiot, w którym non stop serwowano jedzenie i napoje. Nasi jak się później okazało, najwięksi koneserzy dobrego i dużego jedzenia, czyli Góral i Artur, od razu znaleźli tam miejsca dla siebie. Dla mnie najważniejsze było jak najszybsze zorganizowanie zajęć dla fotografów. Okazało się, że z przepustkami i w kamizelkach możemy chodzić i jeździć samochodami prawie wszędzie, tak więc w sumie prawie od razu pojechaliśmy pod jety. Nie musiałem nikogo namawiać do focenia tych pięknych, dość egzotycznie pomalowanych i super wyglądających maszyn. Sam wróciłem ogarniać się w tematach w okolice głównego hangaru. Już na wejściu spotkałem znajomych. Poza Polakami z Aeropactu i z Flying Dragons była też litewsko-rumuńska ekipa z Air Bandits z Jurgisem Kairysem na czele! Miło bardzo, ale ciśnienie nie pozwalało mi oddać się rozmowom. Zresztą i oni mieli pełne ręce roboty z montażem swoich trzech samolotów. Po krótkiej rozmowie z Sebastianem i Mateuszem dostałem info, że mam poszukać Guya Westgate z AeroSPARX, który ponoć zna naszą sytuację i coś dla nas wykombinuje. Wstyd przyznać, ale to było moje pierwsze spotkanie z tym wspaniałym człowiekiem. Już od pierwszych sekund go polubiłem i chyba z wzajemnością. Miał dość konkretny plan co możemy dziś zrobić. Postanowił wykonać z nami pięć lotów jego dwoma samolotami Grob G 109, które w zasadzie znałem z tysięcy zdjęć z wielu magicznych pokazów w całej Europie w tym oczywiście w Gdyni, gdzie Guy Westgate i Rob Bursby z AeroSPARX rozwalili system swoim nocnym pokazem nad plażą. W sumie świetna opcja dla nas, której nie mieliśmy w ogóle w planach. Zanim jednak mieliśmy wsiąść do kabin Grobów (hehe latające groby, to przecież taka rzadkość :P ), Guy chciał zrobić briefing ze wszystkimi. Pojechałem po moją ekipę na stanowiska z jetami. Nie było łatwo odciągnąć chłopaków od focenia. Nie dziwię się – sam bym chętnie połapał tam jakieś kadry. W końcu ich pozbierałem i zaczął się briefing Guya. Briefing? Mało powiedziane! To była niebywała opowieść dot. najpierw samolotu, później zasad bezpieczeństwa, by na koniec zrobić chłopakom szkolenie foto! Dokładnie jak trzymać aparat, jakie kierunki wykorzystywać do fotografowania, jak działać ze światłem, jakie przyjąć ustawienia. Dodatkowo stwierdził, że będzie to lot w formacji, ale on zajmie się takim ustawianiem samolotów, by obaj fotografowie lecący w oddzielnych maszynach, mogli porobić zdjęcia drugiemu samolotowi i to takie, by nie było na nich widać lecącego i pewnie focącego fotografa. Biły od Guya niebywała wiedza i doświadczenie nie tylko jako pilota, ale też fotografa. Dodatkowo mówił piękną, bardzo zrozumiałą dla mnie angielszczyzną. Oczarował mnie od początku i to oczarowanie trwa do dziś.

Guy Westgate :)

Briefing z Guy Westgatem

 

Było już późne popołudnie gdy pierwsza para fotografów poszła w górę. Plan był taki, by latać w pobliżu tych pięknych skał, będących w zasadzie ścianą jakiegoś wielkiego płaskowyżu. Zrobiło mi się lepiej, gdy po powrocie pierwszych, zobaczyłem uśmiechnięte twarze. Ponoć było mega! Polecieli następni choć każdy się czaił na lot przy zachodzie słońca. Okazało się jednak to, o czym przestrzegałem, że zachód może być za chmurami. Przyszła kolej na mnie i nasz start tuż po tym jak właśnie schowało się słońce. Trochę się obawiałem czy dam radę lokomocyjnie. Mój ostatni lot szybowcem wiele lat temu nie skończył się dla mnie najlepiej. Tu jednak to trochę inna historia i w sumie nie było najgorzej. Start w formacji – pierwszy w moim życiu – zrobił na mnie super wrażenie. Dla mnie, z uwagi na moje spore rozmiary, było dość niewygodnie do focenia. Próbowałem robić zdjęcia, ale większą część lotu robiłem filmiki. Mimo, że siadło już światło i jak to na pustyni po zachodzie ciemno robiło się z każdą sekundą, podziwiałem niesamowitą okolicę. Z jednej strony lotniska pasmo klasycznych, pustynnych wydm. Ze strony drugiej ta monstrualna ściana płaskowyżu. Manewrowaliśmy tuż przy jej krawędzi wykorzystując pionowe ruchy powietrza. Zresztą w pewnym momencie lecieliśmy w towarzystwie pary jakichś wielkich ptaków tworząc „four ship formation”. Wrażenia niesamowite! Szkoda, że film który robiłem w tym czasie, okazał się jedynie obserwowaniem okolicy przez wyświetlacz smartfona. Z tych emocji „nie włączyło mi się” nagrywanie. :) Coś tam jednak przywiozłem. Po wylądowaniu Guy zwrócił się do mnie, że teraz już wiem jak to wygląda i zaproponował mi, by takie latanie weszło w program ATAM, gdy tylko AeroSPARX będą gdzieś w pobliżu. Bardzo mi się ta propozycja spodobała. Od razu oczyma wyobraźni zobaczyłem jak co poniektórzy będą śmigać nad Gdynią.

Słońce chowa się za chmurami na horyzoncie

Krawędź płaskowyżu

Wracamy na lotnisko

Nad lotniskiem zapadła ciemność. Genialnym rozwiązaniem Aeropactu było to, że mieliśmy niezależny transport. Gdy reszta czekała na autokar, my już byliśmy w drodze do hotelu. Tam już na nas czekała uwielbiana restauracja. Starałem się rozkoszować tymi kulinarnymi cudami. Podziwiałem Górala z Arturem, którzy raz po raz przynosili kolejne talerze z żarciem. Podziwiałem i zazdrościłem. Jak mam latać, to wolę jeść mniej. Na koniec Artur zamówił kawę parzoną na tradycyjny sposób. Była wspaniała. Trzy filiżanki ponad 40 zł – trochę mniej niż zbiornik paliwa! :) Jak na dzień techniczny, to działo się bardzo dużo!

i na kolacji

W nocy z Tajwanu przyleciał i dołączył do ekipy Wu Liyu znany wszystkim jaki Billy no i na rano ogarnąłem mu lot z AeroSPARX, żeby nie był stratny. Jako, że wczoraj nie dane mi było za bardzo pofocić z racji ciemnicy, poleciałem z nim w drugim samolocie. Najpierw polecieliśmy nad wydmy, gdzie napotkaliśmy stado wielbłądów. Zrobiliśmy nad nimi kilka kółek. Zrobiło się trochę jak na karuzeli, za którą przecież nie do końca przepadam. Po jakimś czasie skończyliśmy z wielbłądami i skierowaliśmy się w stronę skał. Okazało się jednak, że po drodze odbędzie się trening AeroSPARX z zespołem Flying Dragons. Nie brzmiało to dla nas dobrze od początku. Trening polegał na tym, że robiliśmy dość ciasne kręgi wokół formacji naszych paralotniarzy. Na domiar złego, z racji, że nasi piloci musieli obserwować co dzieje się wewnątrz kręgu, my nie widzieliśmy nic. Czuliśmy za to dużo, zwłaszcza nasze żołądki. Po skończonym treningu skierowaliśmy się w stronę skał. Niestety tylko nasz samolot, bo Rob zameldował, że jego fotopasażer trochę popłynął. Nie dziwię się wcale – sam ledwo się trzymałem. Tak więc… znowu nie pofociłem air-to-air przy skałach :D

Cudowne kolory pustyni

Kto był bardziej zdziwiony? Wielbłądy czy my? Nie wiem :)

Tak nasz trening wyglądał z lotniska

Do lądowania :)

Po wylądowaniu spotkałem Sebę i wiadomo, od razu nękałem go o… C-130. Póki co żadnych wieści, ale sytuacja już nie wyglądała tak źle. Dowiedziałem się bowiem od moich znajomych saudyjskich fotografów, że wszystko jest na dobrej drodze. Co ciekawe tych fotografów, którzy byli w Polsce i niestety nie było im dane latać z nami Skyvanem. Tzn. jeden z nich poleciał, ale w takim miejscu i z tym jego wzrostem, no nie pofocił sobie za dużo. Robiłem co mogłem. Ewidentnie do teraz nie zrozumieli systemu, że fotografowie na ATAM płacą duże pieniądze za to by latać i focić i nikt z własnej woli ot tak, swojego miejsca nie opuści. Teraz się losy trochę odwróciły. Chłopaki pamiętają wszystko i jeden z nich rzucił, że ja nie zadbałem o nich w Polsce, ale oni o mnie zadbają w Saudi Arabii. Tylko, żebym pamiętał, że jak przyleci C-130 to oni będą siedzieć na krawędzi. Ok, ok! Zgoda. :) Dajcie mi tylko tego photoshipa. Tymczasem na lotnisku zrobiło się małe zamieszanie spowodowane wizytą jakiegoś księcia. Po panice i spince wszystkich, można było sądzić, że to ktoś ważny. Przyjechał, porobiliśmy jakieś zdjęcia, pojechał na trybuny i zaczęły się treningi. Na trening Saudi Hawks poszliśmy bliżej pasa. To też była fajna opcja. Miałem radio i zgłaszając na wieżę mogliśmy w zasadzie fotografować skąd chcieliśmy – oczywiście w granicach rozsądku. Bardzo podobało mi się tło do naszych zdjęć. Te skały robiły mega robotę. Później korzystając z chwilowego braku zamieszania, spędziłem sobie kilka chwil w towarzystwie jedynie naszych jetów i mojego aparatu. W sumie nigdy wcześniej nie miałem możliwości tak bezkarnego i bliskiego obcowania z najpiękniejszym F-15. Żadnych barierek, sznurków, wartowników. Chwila wręcz mistyczna. Nie przez przypadek to właśnie Eagle jest w logo naszego stowarzyszenia. Nad lotniskiem szybko zrobiło się ciemno i z naszego cateringowego namiotu udaliśmy się na strefę dla publiczności. Jak na tak bardzo oczekiwane pokazy lotnicze – wyjątkowo opustoszałą. Później dowiedzieliśmy się, że skoro na lotnisku jest książe, to nie może być publiczności. Przyszła pora na nocny show i występy z pirotechniką. W tej dyscyplinie liderami są oczywiście Flying Dragons i AeroSPARX. Obie formacje zachwyciły efektami, synchronizacją i jednym wielkim, pięknym wow! Wszystko fajnie, lecz ja wciąż myślałem o naszych sesjach. Niby już więcej potwierdzeń, niby więcej pewności, ale tam nauczyłem się, że na pewno to ja mogę tylko mówić o przeszłości. Wieczorem z MarSem impreza. Schlaliśmy się jak świnie! Poszło jakieś 1,5 litra... wody! :D      

Książę i Saudi Hawks

To ponoć też ich Dowódca Sił Powietrznych

Miejscówka blisko pasa

Pokazy lotnicze z pięknym tłem!

Pioneer Team

Saudi Hawks

Klimat pokazów

Egzotyka w pełni

Moja modelka pozuje

Flying Dragons

AeroSPARX

Nastał ten, wyczekiwany dzień. O godzinie 10.30 miał wylądować nasz C-130. Od samego rana więc zrobiłem mojej ekipie szkolenie w temacie zabezpieczeń. Wszyscy poprzymierzali szelki. Niektórzy od przymierzenia postanowili już ich nie ściągać i biegali w nich po lotnisku. Postanowiliśmy iść przywitać naszego photoshipa. Chen nawet dostrzegł go na jakimś chińskim flight radarze. O 10.30 jednak nie wylądował. Czekaliśmy i czekaliśmy. Ponoć okazało się, że ma jeszcze wcześniej jakąś misję. No trudno. Lepiej żeby się spóźnił, niż nie przyleciał wcale. Na lotnisku odbywały się normalnie pokazy. My jednak myśleliśmy o tym, co miało się wydarzyć wkrótce. Jeszcze sprawdziłem wszystkie dane do briefingu, który miałem poprowadzić. Gdy wszystko było gotowe poszliśmy z chłopakami pod pas focić pokazy i wierząc, że w każdej chwili będziemy szybko wracać. Napięcie robiło się coraz większe. Zostało już bardzo mało czasu do pokazu Saudi Hawks, a przecież to oni mieli być główną atrakcją sesji air-to-air. Nagle zrobiło się zamieszanie. Podeszli do nas Sebastian z Mateuszem, wzięli na stronę i ogłosili dwie wiadomości. Tradycyjnie dobrą i złą. Dobra to taka, że niebawem przyleci C-130 i odbędą się dwie sesje. Jedna z Saudi Hawks, a druga w kolejnym dniu ze wszystkimi jetami. Wooow! :) A ta zła? No właśnie… Ponoć był telefon z ministerstwa, że nie wolno do C-130 wchodzić obywatelom Chin. Polacy ok, Chińczycy nie. Dramat! Jak to powiedzieć tym super fajnym chłopakom, którzy już od kilku godzin chodzą w szelkach, którzy przylecieli z końca świata po to, by właśnie odbyć te sesje? Jedyne co udało mi się wywalczyć to zielone światło dla Tajwańczyków. Masakra. Do tego miałem od razu iść na briefing. Jeszcze tylko dostałem od Michała porządne lotnicze radio. Pobiegłem po swoje materiały i od razu zderzyłem się z czymś niespodziewanym. Briefing prowadził jakiś ważny oficer z Royal Saudi Air Force, a wyglądało to tak, że między krzesłami zrobił niby rampę i poustawiał nas kto gdzie będzie siedział. Tłumaczył, że nie ma czasu na inne historie bo C-130 zaraz wyląduje. No i właśnie wylądował i mamy pędzić do samolotu stojącego na końcu płaszczyzny. Koniec briefingu!? Zapytałem tylko czy mamy zabrać zabezpieczenia, odpowiedział że tak. Co z komunikacją? To już w samolocie. Biorąc sprzęt foto z naszego namiotu musiałem powiedzieć chłopakom z Chin, że oni nie lecą. Boszzz co to za beznadziejne uczucie! Te ich spojrzenia… Ech! Obiecałem, że tak sprawa się nie zakończy, że będę działał w temacie drugiego wylotu i pobiegłem do Herculesa ze sprzętem foto, w szelkach i z reklamówką zabezpieczeń. Akcja mega szybka. Nie wyobrażałem sobie jak to ma przebiegać dalej. Wpadliśmy do Herca. Próbowałem się dogadać w temacie komunikacji z pilotami. Niby mam ok częstotliwość i niby mam działać, ale jak się później okazało częstotliwość była inna. Tymczasem szaleństwo w pełni. Poza naszą szóstką jest jeszcze trzech Saudyjczyków, którzy oczywiście mają siedzieć z przodu. Trzech? W jednym rzędzie na tej potężnej rampie? To my w Skyvanie w pierwszym łamanym rzędzie siedzimy w piątkę. :) Nie zdążyliśmy dobrze wyciągnąć zabezpieczeń z reklamówki a C-130 już zaczął kołować do startu. Loadmaster robił wszystko co mógł, by każdy był mniej więcej przypięty. Wszystko przy zamkniętej rampie, a przecież wiadomo, że po jej otwarciu odległości się zmienią. Pierwszy rząd przypięty. Podczas naszego przypinania odrywaliśmy się od pasa! Masakra jakaś :) Po kilku minutach padło hasło by się odsunąć. Loadmaster otworzył rampę i dopiero teraz zaczęliśmy dopasowywać długość zabezpieczeń. Udało się, choć wyglądało to strasznie. Ale, ale… Otwarta, potężna rampa z prześwitem wielkim jak ekran w kinie IMAX! W ekranie widoki, jakich nie miałem wcześniej przyjemności podziwiać. Cały bałagan nagle został gdzieś w dole, z tyłu głowy, bo włączyła się moja ulubiona magia. Magia sesji na rampie.

Nasz photoship KC-130J

IMAX :)

 

Po kilku minutach pojawili się za nami Saudi Hawks. Na tym pustynno-skalistym tle wyglądali wspaniale. Raz po raz puszczając dymy. Nie miałem z nimi kontaktu, a szkoda. Sporo rzeczy bym zmienił, poprawił, ale już nie było opcji na żadne interwencje. Skupiłem się na robieniu zdjęć. Sesja zakończyła się przelotem nad naszym lotniskiem. Hawki odeszły w lewo, jak się później dowiedziałem – po naszym przelocie rozpoczęli swój pokaz nad lotniskiem. My w związku z tym, w ramach wyczekiwania, polecieliśmy C-130 gdzieś na wycieczkę. W końcu ze wszystkich zeszło ciśnienie. Loadmaster podał wszystkim wodę oraz…? Oraz na takiej srebrnej tacy pyszne ciasteczka! No tego jeszcze nie grali nigdzie. Super moment. Nasza wycieczka trwała dość długo. Czas wykorzystaliśmy na obfocenie wnętrza tego giganta i serię selfików. Jak się później doczytałem w internetach, lecieliśmy dość nowym nabytkiem Królewskich Saudyjskich Sił Powietrznych, mianowicie samolotem cysterną - Lockheed Martin KC-130J. Nic dziwnego, że w środku pachniało nowością. W końcu po jakichś 40 minutach wylądowaliśmy. Po wyjściu z maszyny zauważyliśmy dość obfity wyciek paliwa z zewnętrznych podwieszanych pod skrzydłami zbiorników. Nie wyglądało to dobrze w temacie jutrzejszej sesji. Nasz oficer jednak potwierdził, że sesja odbędzie się dnia następnego o godzinie 15.15. Najpierw będą pozować odlatujące z pokazów jety, wszystkie! Później dołączą Saudi Hawks i polecimy z nimi nad Rijad. Taki był plan. Wróciliśmy do reszty ekipy. Z jednej strony mega zadowoleni z tego co przeżyliśmy i tego co mamy przeżyć jutro, z drugiej smutni z powodu decyzji dot. Chińczyków. Jak się później okazało nie była to decyzja polityczna lecz związana z koronawirusem, którego pierwsze przypadki występowania właśnie tamtego dnia wykryto w Arabii Saudyjskiej. Masakra, ale co zrobić. Wieczór spędziliśmy w dobrych nastrojach napaleni totalnie na mającą się odbyć sesję z jetami. Dla mnie wizja przyfocenia F-15 nad pustynią czy tymi skałami była czymś wręcz nierealnym. Starałem się jednak nie napalać. Kupiliśmy sobie arafatki i zrobiliśmy wieczorem arabską imprezę. Oczywiście przy wodzie! :)

 

Wnętrze tego monstrum

Cheeeeeese

Ciasteczka :)

Ekipa po locie!

Lekko ciekło :)

God Bless You

Następnego dnia jechaliśmy na lotnisko mega napaleni. Wizja sesji z Tornado, Eurofighterem i F-15 nad pustynią napawała nas mega radochą. Dojeżdżając na miejsce zauważyliśmy zmiany. Jety były przestawione z płaszczyzny pokazowej na tą, gdzie odbywało się przygotowanie do lotu. W sumie normalne, bo za kilka godzin miały startować do naszej sesji i wracać do swoich baz. Było jednak dość wcześnie. Za wcześnie. Zgromadziliśmy się w naszym namiocie by poplotkować o zabezpieczeniach. Ponownie wydałem szelki, by wszyscy byli gotowi na hasło do startu. Po chwili podszedł do mnie MarS z niepokojącą informacją, że w namiocie obok piloci zakładają swoje uprzęże. Była dopiero godzina 9 rano. Trochę wcześnie jak na start o 15.15. Poszedłem, zapytałem i zaniemówiłem. Wszyscy startują za godzinę! Nie przytoczę słów, jakie wtedy rzuciłem nie tylko w myślach. Oczywiście o sesji nie wiedzą nic i mowy nie ma, że po starcie zrobią coś specjalnie dla nas nawet stojących na lotnisku. Lecą do jakiejś bazy, gdzie dziś odbywa się jakaś impreza i mają tam swoją obecnością zadać szyku. Masakra. Mimo, że przyzwyczajony jestem do nagłych i częstych zmian planów, to jednak tego dnia wyjątkowo słabo to zniosłem. Musiałem jednak robić dobrą minę, gdyż nie byłem sam lecz z grupą osób, która podobnie jak ja była nastawiona na mega sesję, ale może była mniej ode mnie odporna na takie zawody. Trudno! Trzeba było przykręcić do body dłuższe obiektywy i iść pod drogę kołowania, by przyfocić najpierw przygotowanie do startów, a potem same starty jetów. Zgodnie z zapowiedzią i naszymi przewidywaniami, piloci nie zrobili niczego więcej poza startami. Dziwiło mnie to bardzo, gdyż była to sobota czyli ostatni dzień pokazów i można było coś zrobić dla sporej grupy publiczności. No niestety. Saudyjscy piloci nie mają takiego obycia pokazowego i potrzeby pokazania ludziom swoich sił powietrznych z innej strony. Najlepszy start wykonało Tornado. Pilot nie poszedł od razu w górę jak ci z Eurofightera i F-15 tylko po oderwaniu od pasa przeleciał dość nisko, co dało szansę na uchwycenie sylwetki jego samolotu z naszymi ulubionymi skałami w tle. Pytanie tylko, czy to było przez pilotów zamierzone czy warunki nie pozwalały na nic innego.

 

 

Polecieli, a my przeszliśmy do kolejnej części naszej działalności. Za sprawą wspaniałego podejścia zespołów AeroSPARX i Pioneer, nasi fotografowie mogli wykonać lot w formacji 6 samolotów obu zespołów. Gratka nie lada choć wszyscy mieli w głowie fakt odlotu jetów. Po tej atrakcji fotografowaliśmy pokazy czekając na zaplanowaną i wielokrotnie potwierdzoną sesję air-to-air już tylko (i aż) z Saudi Hawks. Pytanie było tylko, czy będziemy latać nad pustynią, czy dostaniemy zgodę na lot nad Rijad. Już o tej porze wiedziałem, że i dziś Chińczycy nie mogą z nami lecieć. Wraz z upływem czasu, gdy pojawili się piloci Saudi Hawks i ich lider Sulami, coraz częściej dało się słyszeć, że sesja jest zagrożona. Ostatecznie godzinę przed planowanym startem gruchnęła wiadomość, że sesja została odwołana.

 

 

Do hotelu wróciliśmy z nietęgimi minami. Starałem się jednak ułożyć sobie to wszystko w głowie po jej pozytywnej stronie. Wiadomo, że przeleciały nam tuż obok nosa dwie wspaniałe możliwości. Mimo wszystko jednak była to wspaniała przygoda. Loty z AeroSPARX nad pustynią i zboczem płaskowyżu, sesja z pokładu KC-130J z Saudi Hawks, fotografowanie nietuzinkowych pokazów lotniczych w egzotycznej scenerii, poranny start jetów z lotniska spowitego unoszącym się wszędzie piaskiem na pewno wszystkim się podobały. Oczywiście sesja wymagała przekalkulowania finansowego. Tu po właściwej stronie stanął Sebastian, który mając świadomość tego co było zaplanowane i co udało się zrealizować rzeczywiście, oraz mając na względzie dobre imię Aeropactu, zrobił wszystkim chłopakom mega rabaty i dał sporo gratisów w temacie mających się odbyć kolejnych imprez organizowanych przez Aeropact. Wszystko to sprawiło, że już w hotelu na ostateczne podsumowanie oraz do kolacji usiedliśmy pełnym składem w dobrych humorach. Wszyscy dostaliśmy pewną nauczkę na przyszłość. Jesteśmy o wiele mądrzejsi i wierzę w to, że w przyszłym roku spotkamy się ponownie w tych pięknych okolicznościach i zrealizujemy dużo więcej akcji niż w tym roku.

Wieczorkiem pojechaliśmy na lotnisko celem powrotu do domów. Na pokładzie samolotu Lufthansy wreszcie mogliśmy wznieść toast za Saudi Arabia ATAM #10 by Aeropact! Toast już nie samą wodą. :)

Wasze zdroofko! :)

FOTO TEAM:

Sławomir Krajniewski
Mariusz Suwalski
Krzysztof Góralczyk
Artur Ostafin
Wu Liyu
Tsai Tsungfang
Meng Lujing
Chen Jiayi
Wei Meng
Jiang Runfeng

Nasza ekipa :)

Moje trofea od chłopaków :)

 

Galerie:
FOTKI Z ZIEMI

FOTKI AIR-TO-AIR

Tło:

zamknij

© 2020 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna