Tekściwo

hesja Air-Art Photography

20 PAŹ 2019

CHINA 2019

Moja pierwsza wizyta w Chinach

Tajemnicze zaproszenie
Wieść o Air-to-Air Meetingach poszła w świat. Każda publikacja zdjęć przyciągała kolejne osoby, które chciały wziąć udział w tym projekcie. Pewnego dnia napisał do mnie WeiWei Wang (Chińczyk mieszkający w UK z brytyjskim obywatelstwem), że pewne osoby z chińskiego stowarzyszenia HaiNan Aviation Photography Association są bardzo zainteresowane wspólnym fotografowaniem air-to-air nad Polską. Dodatkowo, celem bliższego zapoznania się, chętnie zaproszą mnie do Chin na pewne pokazy lotnicze organizowane tylko dla Chińczyków, pokrywając wszelkie koszty mojej wyprawy. Brzmiało to wszystko od początku bardzo kusząco, ciekawie i egzotycznie. Postanowiłem sprawdzić tę imprezę, o której była mowa i… nie znalazłem prawie żadnych o niej informacji. Jakieś szczątkowe zdjęcia tylko. Wiedziałem o niej w zasadzie tylko to, co pisał do mnie Wei. Dodatkowo, gdy okazało się, że Chińczycy proszą, bym się tym wyjazdem nigdzie i nikomu nie chwalił, zrobiło się podejrzanie tajemniczo. Jakieś nieznane mi osoby zapraszają mnie na koniec świata, za wszystko płacą kupę kasy i jeszcze chcą, bym o tym nikomu nie mówił. Hmmm… Jednak, jako że lubię takie klimaty, bez dłuższego zastanawiania wszedłem w to głębiej. Zainstalowałem sobie chiński komunikator WeChat (w Chinach jest blokada na Facebook, Instagram, Google itd.) i za jego pomocą nawiązałem kontakt z Alexem – jednym z szefów stowarzyszenia HaiNan. Napisałem o mojej decyzji. W krótkim czasie zakupili mi bilety, a Wei potwierdził, że dostał budżet na nasz pobyt na miejscu. Nie było już odwrotu! :)

 

 

Wiza-gate
Wylot miałem zaplanowany na 15 października 2019 roku, a że była już końcówka września, przyszedł czas na ogarnięcie wizy. Doczytałem w internetach, że to kwestia kilku dni, więc podszedłem do tematu bez ciśnienia. Na spokojnie wypełniłem wniosek i postanowiłem umówić się na spotkanie w centrum wizowym celem złożenia dokumentów. Tu zaczęły się schody. Wyznaczono mi termin wizyty w centrum dopiero na 19 października! Postanowiłem zatem uderzyć do którejś z szerokiej rzeszy firm pośredniczących w załatwianiu wiz wierząc, że mają oni jakieś możliwości czy układy. Tak też się stało. Po moim opisie sprawy firma wiza24 odpowiedziała mi, że nie ma najmniejszego problemu. Pojechałem i złożyłem wizowe dokumenty w ich siedzibie (nomen omen pod adresem ul. Srebrna 16! :) Uspokojony ogarniałem inne sprawy dotyczące wyjazdu, gdy po kilku dniach dostałem telefon z wiza24, że niestety w centrum wizowym nie przyjmą moich dokumentów przed ustalonym wcześniej terminem. Podobno pozmieniały się regulacje i konsul zabronił przyjmowania wniosków w innych terminach, mimo że wcześniej nie było z tym żadnego problemu. Dramat! Mieć już wszystko nagrane i nie dostać wizy? Podzwoniłem po innych firmach i w każdej padała ta sama odpowiedź: zmieniło się i nie ma żadnej możliwości. Dodatkową, jak się okazało potężną komplikacją, było obchodzone w dniach 1-7 października chińskie święto narodowe. Za jego sprawą wszystkie chińskie urzędy miały w tym czasie być zamknięte. Nie wiedziałem co robić. Postanowiłem zatem zadzwonić do chińskiej ambasady. Rozmowa z panią, która odebrała telefon, jeszcze bardziej mnie dobiła. Na spotkanie z konsulem nie ma szans. Na pozytywne załatwienie sprawy też. Gdyby to był jakiś oficjalny, państwowy wyjazd, wyjazd który byłby znaczący dla strony chińskiej to może. Jednak w moim przypadku nie ma takiej opcji. Poprosiłem o adres mailowy do konsula. Pani aż się zaśmiała, ale podała adres ogólny, który ponoć jest przez konsula czytany. Napisałem. Ładnie. Po czterech dniach, ku mojemu zdziwieniu dostałem odpowiedź z 驻波兰使馆领事部 czyli z Wydziału Konsularnego Ambasady w Polsce o treści:
Pan Konsul wyraził zgodę na złożenie wniosku we wcześniejszym terminie. Centrum wizowe na ul. Siennej 39 będzie mogło przyjąć Pani/Pana wniosek 8 lub 9 października! (…) Oprócz wymaganych dokumentów, prosimy o wydrukowanie tego maila w celu potwierdzenia uzyskania zgody. W przypadku ubiegania się o wizę w przyszłości, prosimy o rezerwację wizyty ze znacznym wyprzedzeniem w celu uniknięcia podobnej sytuacji.
Aż krzyknąłem z radości! Kolejna w życiu niemożliwa rzecz załatwiona, dziękuję :) Później już wszystko poszło bardzo sprawnie.

 

 

Leci się!
Wystartowałem 15 października o 6:25 z Warszawy. Przesiadka na lotnisku Charles De Gaulle w Paryżu to zawsze duże wyzwanie. Wprawdzie miałem dwie godziny zapasu, ale czasami i te dwie godziny tam to mało. Poszło jednak dość sprawnie i już po chwili siedziałem w samolocie Boeing 777 linii China Southern (lot CZ348). Do samego końca boardingu liczyłem na to, że będę siedział sam na trzech fotelach. Niestety prawie tuż przed wykołowaniem dosiadło się do mnie dwóch kolegów z Peru. Usiedli, zjedli każdy po wieeelkiej bułce i… zasnęli. Nie byłoby w tym problemu gdyby nie fakt, że osobnik, który siedział obok mnie, rozwalił się w swoim fotelu z łokciami na boki i żeby było ciekawiej, co chwilę leciała mu głowa. W większości przypadków na mnie. Spali prawie cały lot – 11 godzin! Ta jego spadająca głowa niestety nie dała mi dużych szans na mój spokojny sen. Trudno. Dzięki niemu zaliczyłem prawie cały sezon „Gry o tron”. Linie China Southern bardzo ok. Dużo jedzonka, piwo, wino. Niestety bez wódki, ale nie można mieć wszystkiego :)

 

 

Na chińskiej ziemi
Chiny przywitałem na międzynarodowym lotnisku w Kantonie (Guangzhou Baiyun International) lekkim zamieszaniem z walizkami. Wiedziałem, że powinienem odebrać walizkę i nadać ją ponownie, ale postanowiłem zapytać obsługę. Otrzymałem informację, że nic nie muszę robić i walizka poleci na lotnisko docelowe. Zapytałem kolejną osobę, a ta kazała mi poczekać chwilę bo będzie security check. Ciekawostka – prawie nikt z obsługi nie mówił po angielsku. Wszyscy kazali mi mówić do telefonu i jakaś aplikacja tłumaczyła im moje gadanie na chiński. Poczekałem, wszedłem do pomieszczenia gdzie były walizki, w tym i moja. Security wypatrzyło u mnie zapasową baterię, podobnie zresztą jak u wszystkich innych, którzy mieli jakiekolwiek baterie w bagażu rejestrowanym. Przełożyłem ją więc do podręcznego i walizka mogła lecieć dalej do Changchun. Ja poszedłem najpierw na kontrolę paszportową, a następnie udałem się w kierunku mojej bramki. Lotnisko krajowe w Guangzhou, a dokładniej terminal T1, okazał się być największym terminalem na jakim kiedykolwiek byłem. Posiada jakieś 300 bramek! Przestronny, bardzo czysty. Podczas mojego przemieszczania się, cały skąpany był w ciepłym świetle wschodzącego słońca. Bardzo fajnie wspominam. No może poza automatami z wodą, które serwowały tylko jej gorącą odmianę i… toaletami :) Toalety oczywiście czyste i eleganckie, ale pisuary zawieszone na wysokości naszych wersji dla dzieci (w okolicach moich kolan). W kabinach opcja „na narciarza” :) Poszedłem w końcu do mojej bramki. Starałem się nie zasnąć, choć wypoczęty wiadomo nie byłem. Podziwiałem wszystko co działo się obok mnie. Przyglądałem się ludziom, całym rodzinom. W końcu to mój pierwszy kontakt z Chinami i dodatkowo linie krajowe, więc sami Chińczycy i żadnego Europejczyka. Czułem się trochę jak z innej planety. I mnie się też przyglądano :) Tuż przed przejściem przez bramkę dostaliśmy wszyscy taki dodatkowy bilecik. Po wyjściu z budynku wsiedliśmy do autobusu, a nim dość długi kurs do samolotu. Fajnie, bo można było podziwiać to potężne lotnisko i niezliczoną ilość maszyn, chyba tylko China Southern. Dojechaliśmy do rękawa, do którego musieliśmy się wspiąć po schodach hihi :) Na górze kolejna osoba odebrała mi dany wcześniej bilecik i mogłem zająć swoje miejsce w A320. Zasnąłem od razu.
Po ponad trzech godzinach lotu, oczywiście z posiłkiem, jak przystało na China Southern, dolecieliśmy do Changchun. Na lotnisku czekali już na mnie Wei i Alex. Hotel mamy w centrum. Najszybszą opcją przemieszczenia się był miejski pociąg. Taksówką godzina jazdy, pociągiem kilkanaście minut (dwa przystanki). Zanim jednak do niego wsiedliśmy, należało kupić bilety. Bilet dla mnie tylko za okazaniem paszportu. Chwilę poczekaliśmy, a ja ten czas wypełniłem dalszą obserwacją wszystkiego co nowe, rozmowami z moimi kolegami i pierwszą próbą ogarnięcia w telefonie Facebooka i innych zablokowanych aplikacji. Udało mi się to dopiero za którymś razem za pomocą aplikacji ShadowsocksR. Pociąg rzeczywiście szybki i wygodny. Kilka chwil i byliśmy w centrum. Wysiadka ze stacji do miasta. Pierwsze wrażenie? Budynki monumentalne, szerokie ulice, masa samochodów, bardzo czysto. Wszystko udekorowane z okazji 70. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej. Wszystko, łącznie ze straganami, samochodami. Co ciekawego w temacie samochodów poza poprzyklejanymi flagami? Do felg przywiązane czerwone wstążeczki, no na szczęście :) Changchun, jak mi powiedziano i co dało się od razu zaobserwować, nie jest miastem turystycznym. Nie ma tam żadnych większych atrakcji, ani w mieście ani w jego pobliżu. W związku z brakiem turystów, od początku okazałem się być ciekawostką dla wielu, którzy kierowali na mnie swoje skośne oczy. Miałem się do tego przyzwyczaić. Zamówiliśmy ichniego Ubera czyli Didi Chuxing i ruszyliśmy w stronę hotelu. W głowie zaczął się pisać kolejny rozdział mojego przewodnika o ruchu drogowym na świecie. No i powiem szczerze, że zaszokowało mnie kilka akcji. Przede wszystkim ilość pieszych przechodzących poza wyznaczonymi przejściami przez jezdnie (również te wielopasmowe) oraz to, że kierowcy nie patrzyli na pierwszeństwo tylko często jechali na zasadzie, że duży może więcej. Generalnie chwilami serce mi się zatrzymywało. Lekki chaos, ale bez brawury – więc bezpiecznie, jak mi to wytłumaczyli koledzy z Chin. Ciekawy był też sposób używania telefonu przez kierowcę, który jak się później okazało jest bardzo popularny. Mówią nagrywając głos, wysyłają i… odbierają wiadomości głosowe od rozmówcy, oczywiście w trybie głośnomówiącym. Zastanawiałem się czemu to robią i doszło do mnie, że chyba jedynie po to, by odsłuchać wiadomość od rozmówcy w chwili, w której nie ma potrzeby wielkiego angażowania uwagi w kierowanie pojazdem. Dojechaliśmy do hotelu. Tam bardzo europejsko, choć z fajnymi akcentami. Na przykład przy wejściu duży zbiornik z zimną herbatą dla spragnionych. Zdziwiły mnie też puszki Red Bulla w lodówce przy recepcji. Niby oryginalne, ale zupełnie inne kolorem i kształtem – ciekawe czemu? W pokoju czysto i elegancko, ale rozczarowała mnie wszędobylska folia. Folia na ręcznikach (każdy osobno pakowany), folia na kubkach do płukania ust, folia na przyborach do higieny, do czyszczenia odzieży, wszędzie i wszystko co tylko dało się zafoliować, było zafoliowane. Wyskoczyliśmy do sklepu zanabyć niezbędne do życia elementy. Tam też nikt się nie przejmował jakimiś ograniczeniami w pakowaniu wszystkiego do foliowych toreb. Od razu nasunęło mi się pytanie, jaki ma sens europejska nagonka na segregację śmieci, na eliminację plastiku, gdy całe Chiny, całe Indie, całe Stany Zjednoczone i pewnie jeszcze wiele krajów, ma to gdzieś? Wracając jeszcze do sklepów, straganów, to mało kto tu w ogóle płaci gotówką czy kartą. Powszechną metodą jest stosowanie kodów QR i płacenia aplikacją WeChat z poziomu smartfona. Szybko, sprawnie i ponoć taniej niż kartą czy gotówką. 

 

 

Chińska wyżerka
Na wieczór gospodarze z HaiNan Aviation Photography Association zaprosili nas na kolację. Byłem bardzo ciekaw tego jak i co jedzą. Pojechaliśmy do podobno ulubionej przez mieszkańców Changchun restauracji 5th Uncle. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będzie to i moja ulubiona knajpa w tym mieście. Chłopaki już na nas czekali. Dałem im moje albumy, podziękowałem za wszystko i zasiedliśmy do stołu. Dla mnie po raz pierwszy takiego! Stół potężny, kamienny. W blacie dwa duże otwory przykryte drewnianymi pokrywami. Odsłonięcie pokrywy wiązało się z buchnięciem pary, gdyż pod każdą z pokryw znajdowało się duże naczynie typu wok, a w nim już przygotowywana jakaś potrawa. Pod stołem było palenisko! Mega sprawa siedzieć przy stole i na bieżąco obserwować, jak kelnerko-kucharka przygotowuje strawę, jak i co dorzuca do gara, jak to wszystko się zmienia, redukuje, pachnie. Chłopaki najwyraźniej chcieli się postawić i zamówili sporą ilość dań, które już za chwilę miały być gotowe. Pierwsze pytanie padło oczywiście czego bym się napił. Ja, że jak nie mają nic przeciw to chętnie wódki. Konsternacja, bo tu w knajpie nie ma wódki. Porozmawiali więc z kelnerką, która zaproponowała nam produkowane w tej knajpie wino. No trudno – niech będzie wino. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że to wino może mieć 40, 50 albo 60% alkoholu! No takie wino to ja lubię. Panowie też się przyłączyli i już było bardziej swojsko. Niestety restauracja nie dysponowała europejskimi sztućcami i musiałem zacząć konsumpcję od kaleczenia sztuki jedzenia pałeczkami. Zacząć, gdyż nasza kochana kelnerka zakombinowała komplet widelec i nóż z pobliskiej knajpy i można było kontynuować jedzenie bez walki. A to było mega smaczne. Kurczaki, ryby, wieprzowina, makarony, warzywa itd. Do wyboru do koloru. Kapitalne i potężne mają karty dań zrobione w formie można powiedzieć albumu foto! Pierwszy raz widziałem coś takiego. Każda strona to dzieło fotograficzne pokazujące daną potrawę od najlepszej strony z prawdopodobnie opisami i cenami, bo przecież ja ich krzaczków nie rozumiałem wcale. Ku mojemu zdziwieniu można było też zamówić bardzo w tamtym regionie popularne… żaby! Widok kucharza wysypującego je jeszcze żywe do gara z wrzątkiem nie był najmilszy tego wieczora. Podoba mi się za to sposób, w jaki Chińczycy spożywają posiłki. Tam nie ma tak jak choćby u nas, że każdy zamawia sobie danie i dostaje je na talerzu już skomponowane, tylko dla siebie. Na stole, w osobnych naczyniach, stoją różne potrawy i każdy uczestnik biesiady nakłada sobie ile i co chce na swój talerz, aż do zaspokojenia apetytu. Myślę, że to fajniejsza metoda. Bardziej towarzyska. Niestety nie można powiedzieć za wiele fajnego o samym sposobie jedzenia przez Chińczyków. Mega się spieszą podczas jedzenia, strasznie siorbią i niesamowicie mlaskają. Jakby tym ile wydadzą dźwięków podczas jedzenia mieli pokazać jak bardzo im smakuje. Skoro już mowa o jadłodajniach, to kilka dni później, ponoć specjalnie by się ze mną spotkać, przyjechał szef ichniejszego stowarzyszenia – Tao. Panowie zaprosili mnie wtedy do jednej z najlepszych restauracji w Changchun, słynącej z przygotowania kaczki po pekińsku. Atmosfera, przynajmniej na początku dość oficjalna, z krótkimi wystąpieniami i wręczaniem prezentów, oczywiście rozluźniła się, gdy zaczęliśmy jeść i pić. W tamtym lokalu jedliśmy przy dużym, okrągłym stole. Dania podane były na jego środkowej, obracanej części, dzięki czemu dostęp do każdej potrawy był bardzo łatwy. Pojadłem tam rzeczonej kaczki, owoców morza, ale też przełamałem się i zjadłem żaby. Bardzo mi smakowały. Spodobał mi się też sposób picia wódki. Ta z dużej butelki została rozlana do małych karafek, te zaś zostały rozdane biesiadnikom do indywidualnego polewania. Fajny i niemęczący „dyżurnego polewacza” patent. Inną sprawą jest smak ich wódek. Próbowaliśmy różnych i niestety ciężko było mi się przemóc. Nawet te drogie i zdawałoby się szlachetne smakowały bardzo dziwnie. Jak wódka na landrynkach. Do tego były jakby perfumowane. Zdarzyło nam się nawet, że jedna butelka wódki otworzona w hotelu poszła cała do toalety. No nawet ja nie dałem rady jej wypić. Nawet z Colą. Jedyne co w temacie wódek mi się podobało to butelki i ich sposób pakowania w takie grube, ozdobne kartony.

 

 

Kierunek lotnisko
Głównym celem mojego przyjazdu do Changchun były jednak pokazy lotnicze. Byłem potężnie ciekawy co mnie spotka na lotnisku. Jak tu wyglądają pokazy, zwłaszcza że te w Changchun są organizowane tylko dla Chińczyków. Wyruszyliśmy z hotelu grubo przed wschodem słońca. Podczas jazdy zadziwiła mnie bardzo ilość sił i środków zaangażowanych w czyszczenie ulic i chodników. Po kilka czyszczących samochodów w formacjach zamiatało i myło równocześnie kilka pasów jezdni. Do tego sporo osób obsługujących pojazdy czy po prostu z miotłami. Wei tłumaczył mi, że to normalne w Chinach. Mają tyle ludzi, że muszą coś z nimi i nimi robić. Dojechaliśmy do takiego hotelu, w którym mieliśmy poczekać na osoby, które miały zawieźć nas na imprezę. Hotel był potężny! Swoimi wszędobylskimi marmurami, lampami, rzeźbami przypominał mi Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Monumentalnie i bogato było nawet w toaletach. Byłem pod wielkim wrażeniem. Po godzinie czekania przybył nasz anioł stróż i ruszyliśmy jego samochodem w kierunku lotniska. Widok, jaki roztaczał się z okien samochodu, był zdumiewający. Szerokie wielopasmowe ulice. Estakady. Osiedla bardzo wysokich budynków mieszkalnych. Poza mijanymi z rzadka samochodami prawie żadnej żywej duszy, zapewne z racji bardzo wczesnej pory. Wszystko zalane było wyjątkowym światłem właśnie wschodzącego słońca, którego promienie, przebijając się przez warstwę żółto-brązowego smogu, dawały efekt filmowego filtra. W ogóle wyglądało to jak fragment jakiegoś filmu science-fiction – bardzo nierealnie. Dojechaliśmy i razem z tłumem ludzi weszliśmy na teren pokazów witani rytmiczną, pewnie jakąś propagandową muzyką. Podziwiałem wszystko co było wokół mnie. Wszystko było dla mnie takie nowe, inne, egzotyczne. W oczy rzuciły mi się najpierw potężne telebimy, na których trwała projekcja filmów sławiących potęgę Sił Powietrznych Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Nie dało się też nie zauważyć makiety chluby chińskiego lotnictwa, czyli samolotu Chengdu J-20 stojącego w towarzystwie dwóch nowoczesnych samochodów, również chińskiej produkcji. Poszliśmy zająć miejsca przy barierkach. Oczekiwanie na rozpoczęcie imprezy postanowiłem tradycyjnie wypełnić przyglądaniu się ludziom. Zgodnie z przewidywaniem byłem zdecydowanie najwyższy, co ułatwiało mi obserwację. Za to zupełnie niezgodnie z przewidywaniem ludzie okazali się być bardzo rozmaici. Nie sposób było nie zauważyć sporej ilości ładnych dziewczyn, fajnie, ciekawie, inaczej niż w Europie poubieranych. W sumie zupełne przeciwieństwo tego, co widziałem w Australii. I teraz ciekawostka. Dzień był bardzo ciepły, temperatura dochodziła do 24 stopni Celsjusza, a mimo to wszyscy byli bardzo grubo i można powiedzieć szczelnie ubrani. Nie tylko kurtki i płaszcze, nie tylko czapki, ale też rękawiczki i parasole przeciwsłoneczne. Do tego wszystkiego prawie wszyscy mieli maski. Już po chwili wiedziałem, że nie chodziło wcale o to, że tak wiele osób miało jakieś infekcje dróg oddechowych. Chodziło o smog, jakiego wcześniej nigdzie i nigdy nie widziałem i nie czułem. To było coś niesamowitego. Błękitne niebo na górze, a na horyzoncie gruba, żółto-brązowa warstwa smogu. Już po kilkunastu minutach od opuszczenia samochodu czułem w gardle silne drapanie. Z każdą chwilą było gorzej. Dosłownie czułem to czym oddychałem. Podobno dzięki miejskiej polityce w Chinach, smog w centrach miast jest o wiele mniejszy niż na ich obrzeżach. Lotnisko niestety było zdecydowanie poza centrum Changchun i stąd ten potężny smog! Mówiąc o noszonych przez Chińczyków maskach nie mogę nie wspomnieć o tym, że wiele osób, zwłaszcza dziewczyn oczywiście, traktuje maski jako element mody. Widziałem maski z elementami biżuterii, z koronkami, z jakimiś aplikacjami.


Mając wstępnie zarezerwowane miejsce blisko barierek, postanowiłem też połazić po terenie pokazów. Odwiedziłem stragany, w których zdecydowanie więcej było miejsc z jedzeniem i piciem niż tych z jakimiś lotniczymi pamiątkami. Szkoda. Liczyłem na jakieś czapki, koszulki. Udało mi się jedynie zanabyć kilka naszywek oraz rozkładane krzesła, które niczym trofeum przyniosłem do czekającego na mnie Weia. Zbliżał się czas pokazów, więc przezornie postanowiłem jeszcze odwiedzić toaletę. Dużo czasu zajęło nam by ją namierzyć. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest tylko jedna po tej stronie lotniska. Jedna, ale za to jaka! Z zewnątrz nie było tak źle. Ot, potężnych rozmiarów wiata z drewnianym ogrodzeniem. Wszedłem do środka i się przeraziłem widząc pana kucającego tuż naprzeciw mnie nad otworem w podłodze. Obok niego kolejnego i kolejnego… no wielu! Niektórzy ze smartfonami przed oczyma :) Między nimi tylko ścianki oddzielające o wymiarach powiedzmy metr na metr! Tych stanowisk typu otwór w podłodze – ścianka było a ze sto! Wei przestrzegał mnie zanim tu przyszliśmy, że mogę doznać szoku. Ja myślałem, że w tym temacie nic mnie już w życiu nie zaskoczy! Owszem, mogło być gorzej, mogło nie być tych ścianek działowych jak to kiedyś widziałem za dzieciaka w Związku Radzieckim. Tu jednak efekt odrzucający był tak potężny, że dosłownie zamknąłem się w sobie i do końca dnia nic nie jadłem i nie piłem by nie musieć korzystać z tak towarzyskiej i przestronnej, ale niestety totalnie odzierającej z intymności wygódki.

 

 

Chińskie fotoloto
Nadszedł czas pokazów. Tłum był potężny. Jakiż ja byłem głupi uważając, że z moim wzrostem będę miał tu komfort fotografowania. Zrelaksowany wyciągnąłem aparat czekając na pierwsze prezentacje, gdy nagle wraz z intensywniejszym głosem komentatora, wszyscy moi towarzysze weszli na krzesła i wyciągnęli w górę ręce celem robienia zdjęć i nagrywania filmów smartfonami! Poczułem się jakbym miał robić zdjęcia w lesie. Nawet tłumaczenie, że mogę komuś moim obiektywem zrobić niechcący krzywdę niewiele dawało. Zaczęło się istne szaleństwo. Ludzie reagowali bardzo żywiołowo na każdy element pokazów. Dodatkowo mocno walczyli o swoje miejsca, które raz po raz były zdobywane przez takich, co to na pokazy przyszli później, ale wpychali się pod same barierki. Dochodziło nawet do fizycznej szamotaniny. Tej słownej ni w ząb nie rozumiałem :)


Dynamika pokazów była duża. Klasyczny początek ze spadochroniarzami i flagami. Po flagach maszyny szkolne, szkolno-bojowe, transportowe, wielozadaniowe. Sporo akcentów, których nie da się zobaczyć w zasadzie nigdzie indziej. Dynamiczny pokaz odparcia ataku na lotnisko. Piękne i mega kolorowe występy zespołów akrobacyjnych. Oczywiście gwoździem programu był pokaz najnowocześniejszego chińskiego samolotu J-20. Trzeba przyznać, że mają się Chiny czym pochwalić. Podejrzenia kopiowania techniki amerykańskiej czy rosyjskiej powoli należy odstawić między bajki. Obecnie wszelkie podobieństwa wynikają z wzajemnej współpracy inżynierów oraz z zakupu licencji użytkowanych typów. Po kilku godzinach pokazów w powietrzu chciałem pójść na znajdującą się w dość sporej odległości wystawę statyczną. Poszliśmy choć byliśmy już totalnie zmęczeni. Okazało się, że statyka wcześniej była zamknięta. Dopiero teraz przemieścił się tu cały tłum ze strefy do oglądania pokazów w powietrzu. Ponownie potężna ilość ludzi ze smartfonami. Miałem niezły poligon w ich omijaniu czy „wykorzystywaniu” do swoich kadrów. Strasznie mi się tam podobało. Samoloty, śmigłowce nie dość, że wyjątkowe to jeszcze świetnie ustawione. Po jakimś czasie na teren wystawy przyszła, czy wręcz spłynęła na nią, błękitna lawa młodych adeptów sztuki latania z lokalnej akademii lotniczej. Wyglądało to niewiarygodnie. Tylu młodych chłopaków w mundurach. Tyle czapek w kadrze z samolotami w tle. Kolejna rzecz, która przytrafiła mi się po raz pierwszy. Byliśmy totalnie zmordowani. Biedny Wei, który musiał mnie pilnować, już nawet nie robił zdjęć tylko próbował mnie nie zgubić z oczu siedząc gdzieś z boku. Dzień z chińskim fotoloto zakończyliśmy przerażająco długim spacerem do jakiejkolwiek ulicy, skąd mógł nas podjąć Didi. Daliśmy radę!

 

 

Podsumowując
Moje wrażenia z pobytu są bardzo pozytywne. Lepsze niż przed przyjazdem przewidywałem, że będą. Oczywiście w tekście są tylko niektóre aspekty mojego kilkudniowego pobytu w Changchun. Chiny, na tyle na ile je poznałem, znaczy tylko liznąłem oczywiście, to dumny, piękny, potężny kraj i naród. Od Tao dostałem zaproszenie na przyszły rok. Na pewno na zwiedzanie Chin, na pewno na pokazy w Zhuhai (China International Aviation & Aerospace Exhibition). Mam nadzieję szybko zobaczyć moich chińskich przyjaciół na sesjach w Europie. Czas zerwać z pewnymi stereotypami, które blokują ich pasję. Ona powinna mieć możliwość rozwoju niezależnie od polityki, na którą my – fotografowie lotniczy, ani w Europie ani tym bardziej w Chinach, nie mamy przecież większego wpływu.

Poniżej film z przygotowywania kurczaka w restauracji 5th Uncle

>> WSZYSTKIE ZDJĘCIA Z CHIN <<

Tło:

zamknij

© 2020 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna