Tekściwo

hesja Air-Art Photography

24 MAJ 2018

Miami 2018

Wypad na pokazy AIR & SEA SHOW z Ewą i deocem

Gdy przeglądałem informacje dotyczące pokazów lotniczych w USA w 2018 roku to rzuciło mnie na kolana, jak zobaczyłem co ma się pojawić nad Miami Beach podczas imprezy o nazwie AIR & SEA SHOW. Nie będę wymieniać - w planach było WSZYSTKO, czym może się pochwalić Ameryka! Decyzja w mojej głowie zapadła. Udało mi się też przekonać Ewę, deoca i Rocco by się przyłączyli do wyprawy. Wszystko zapowiadało się pięknie. Do czasu, aż pewnego dnia Ewa podrzuciła mi prognozy pogody. Ostatnie czego bym się tam spodziewał to pogodowej padaczki. A jednak! Zapowiadało się chłodno i meeeega deszczowo! Tuż przed samym wyjazdem, pewnie przestraszywszy się pogody, zrezygnował Rocco. Nam pozostał dzień na przekminienie czy ciśniemy wiedząc, że pokazy będą najprawdopodobniej odwołane, czy rezygnujemy tracąc „jedynie” kasę, która poszła na bilety lotnicze. Dosłownie dzień przed wyjazdem wypracowaliśmy decyzję, by jednak polecieć. Skoro nie będzie lotów, to może chociaż uda się coś zobaczyć innego. Dla nas już sam lot przez ocean i z powrotem to przecież przygoda. Wiadomo, że tak czy siak i tak by było wesoło.
Po przyjeździe na Okęcie okazało się, że nasz lot, a w zasadzie nasz wspaniały, rodzimy LOT ma spóźnienie. Zdarza się. Spóźnienie jednak rosło i powoli rosły i w nas obawy, czy zdążymy we Frankfurcie na przesiadkę do Miami. W końcu podstawiono samolot. Liczyłem, że szybko się zapakujemy, że w locie trochę nadrobi. Swoją drogą mam mega słabe zdanie o naszych liniach lotniczych. To trochę wstyd w dzisiejszych czasach brać takie same pieniądze jak europejska konkurencja, a w zamian za to serwować opóźnienia i… no właśnie, batonik mini Prince Polo i wodę. Masakra, że już nawet na kawę czy herbatę klient LOT-u się nie załapie. Mam jakieś porównanie. Ostatnio latałem z Air France czy Turkish Airlines czy innymi liniami i poza low-costami Wizzair i Ryanair to wszędzie było lepiej.

Czy zdążymy na przesiadkę??? :O

Niestety nasz operator nie nadrobił podczas boardingu ani podczas lotu i już lądując we Frankfurcie dostaliśmy info i z Google i z CheckMyTrip, że… nasz samolot odlatuje za parę godzin i jest to samolot do… Denver Colorado! Dopiero stamtąd do Miami. W sumie aż tak bardzo się nie śpieszyliśmy. Przy okazji mieliśmy polecieć trochę dalej, zwiedzić kolejne lotnisko na mapie Ameryki. Jedyny problem jaki się rysował to wynajem samochodu i motel w Miami. W sensie czy na nas poczekają. Po kilkunastu godzinach wesołego lotu wylądowaliśmy w Denver. Fajnie tam. Bardzo lubię klimat amerykańskich lotnisk, bo każde z nich jest ozdobione motywami charakterystycznymi dla danego regionu. W Denver panowały Caribou i indiańskie historie.

Taki tam indiański namiot :)

Do Miami polecieliśmy Boeingiem 737-800, więc po przesiadce z 747 odczuliśmy różnicę. Dziwny był dla mnie początek lotu. Tuż po starcie lecieliśmy bardzo wolno i bardzo nisko. Oczywiście w porównaniu ze standardowymi lotami. Podejrzewałem, że omijaliśmy potężne chmury burzowe, które krążyły po okolicy. Przy jednej nawet przelecieliśmy. Wrażenie niesamowite.


Do Miami dolecieliśmy około północy. Walizki i poszukiwanie naszej wypożyczalni samochodów. Rocco zamówił furę w firmie, której nikt na miejscu nie kojarzył :) No trudno. Wzięliśmy samochód w pierwszej lepszej otwartej i już po chwili kierowaliśmy się na słynną Ocean Drive w Miami Beach. Nastroje dopisywały choć pogoda nie wyglądała na rewelacyjną. Już na wejściu poczuliśmy klimat miasta. Wszędzie panoszące się amerykańskie fury z Mustangami na czele. Zdecydowana większość to cabriolety. Wjeżdżając do Miami Beach zaskoczyły nas wielkie LED-owe ostrzeżenia dla kierowców: „No weed, no loud music!” Co oznaczało, zakaz palenia trawy i odpalania głośnej muzy. Gdy wjechaliśmy na Ocean Drive, która mimo późnej pory była zdrowo zatłoczona, zrozumieliśmy po co te znaki. Co kilkanaście metrów stało jakieś cabrio, najczęściej Mustang oczywiście, z niego płynęła muza, która nawet mi rozwalała fryzurę na głowie, a wokół samochodu kilkanaście osób o oczywiście czarnym zabarwieniu skóry, tworzyło chmurę, bynajmniej nie pary wodnej. Zapach maryśki, rytmiczne basy samochodowych głośników i wyjątkowo kolorowy, odjechany tłum ludzi to coś, z czym od początku kojarzy mi się Ocean Drive. Zrobiliśmy rundkę, zobaczyliśmy co i jak i postanowiliśmy poszukać naszego motelu. Nie było to łatwe, gdyż w tej okolicy, w której mieliśmy zrobiony booking, było od cholery moteli. Nasz, przynajmniej z zewnątrz, prezentował się najmarniej. No trudno, jakoś przeżyjemy te kilka dni. Problem okazał się poważniejszy. Wszystko było pozamykane. Nikt nie odbierał telefonu, ani nie reagował na dzwonek do drzwi. Zaczął popadywać deszczyk, a sytuacja powoli pachniała lekkim dramatem. Skoro tu tyle moteli, to postanowiliśmy coś wziąć „na godziny”, byle dotrwać jakoś do rana. Dziwnie na nas patrzyli… Dwóch gości i laska chcących wziąć pokój na… na chwilę :D Niestety nasze działania nie dały rezultatu. Stwierdziliśmy zatem, że te kilka godzin do rana „przeimprezujemy” w samochodzie. Wbiliśmy na stację celem przebrania się i dokonania oblucji. Pod naszym motelem zakończyłem swój dyżur za kierownicą. Ewa miała drajwerować od rana, więc zrobiliśmy jej łoże na tylnym siedzeniu, by się wyspała. My natomiast z deocem postanowiliśmy się dobrze bawić. Było mega wesoło. Gdzieś po godzinie skontaktowaliśmy się z Rocco, który ze stoickim spokojem powiedział nam, że zgodnie z SMS-em od właścicielki, nasze dwa pokoje są otwarte i możemy w każdej chwili do nich wbijać :D Nieźle hihi. Staliśmy obok otwartych drzwi do naszych pokoi na parkingu w deszczu. Dla nas już nie było w sumie różnicy :)


Rankiem obraliśmy kierunek na Key West! Dla tych niewiedzących, jest to ponoć najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Z Key West jest około 150 kilometrów do Kuby! Za to z Miami na Key West jest około 250 kilometrów. Pogoda na zmianę. Chwilka ze słoneczkiem albo mleczno-szare chmury. W sumie nie ma dramatu. Najgorsze ponoć ma dopiero przyjść w weekend. Ewa za sterami, a my z deocem klasyka. Po zjeździe z takiego dłuuuugiego mostu, tuż przy takiej małej marinie, zobaczyłem sporą ilość pelikanów. Bardzo lubię te ptasiory. Postanowiliśmy stanąć, rozprostować kości i może coś przyfocić. Nawet nie wiedzieliśmy, że niechcący trafiliśmy do jak się później okazało, słynnej Robbie's Marina of Islamorada. Co ciekawe, deoc o niej czytał wcześniej i chciał nam zaproponować, byśmy tam pojechali. Dopiero na miejscu pokapował, że to właśnie to. Z czego ta marina jest słynna? I dlaczego tu tyle pelikanów? Ano idzie się do takiego pana, kupuje za kilka dolarów wiaderko z małymi rybkami, idzie się na pomost, macha rybką nad wodą i można się spodziewać, że po chwili z wody, w celu połknięcia rybki, wystrzeli potężny tarpon! O ile… pelikany nie będą szybsze, a są szybkie jak cholera! Niezły numer. Zawsze miałem frajdę, jak udało mi się gdzieś na zdjęciu ustrzelić tego ptaka, a tu łażą przy nas w ogóle nie zrażając się naszą obecnością. Jedyne co ich interesuje to rybki, którymi człowieki machają nad wodą. To na nie mają wytrzeszczone oczy. W sumie było to mega śmiechowe. Dziesiątki potężnych powolnych tarponów pływało tuż pod powierzchnią wody. Nad nimi pływały, albo wręcz łaziły po nich, czy latały pelikany i wszystkie te stworzenia miały tylko jeden cel – chwycić rybkę. Oczywiście człowiekom zależało, żeby to tarpon wyskoczył z wody, bo zjawisko jest niewiarygodnie widowiskowe. Co więcej, te ryby nie mają zębów, więc nawet jak ktoś się spóźnił z puszczeniem rybki i jego ręka wylądowała w paszczy tarpona, to w sumie nic groźnego się nie działo. Byli też fachowcy, którzy mieli plan by gdy tarpon atakuje rybkę, wsadzić rękę w jego gardło i chwyciwszy go za skrzela, próbować go z wody wyciągnąć! I my popróbowaliśmy swojego szczęścia, jednak brak doświadczenia sprawił, że prawie wszystkie nasze rybki padły ofiarą cwanych pelikanów. Ja za to popolowałem trochę z aparatem i kilka strzałów uważam za mega udane. 

 

Tak było :)

 

Już po chwili ponownie byliśmy w trasie. W pewnym momencie nasza droga poprowadziła nas tuż przy pięknej plaży z palmami. A wiadomo – dzikusy z Polski jak zobaczą palmę to muszą zrobić zdjęcia. Zatem hamulce, wsteczny i robimy palmy :) Zupełnie przypadkiem, albo właśnie wcale nie, na ten moment wyszło słoneczko. Znaleźliśmy też jedną palmę rosnącą w stronę wody pod małym kątem. Coś jak się ogląda na pocztówkach z wakacji. Długo się nie musieliśmy przekonywać i zrobiliśmy Ewie, a i deocu, krótką sesyjkę na owej. Dla tych co będą w okolicy, palma jest dokładnie o TUTAJ

 

Key West mnie nie zachwyciło. Może za sprawą zalanego mlecznymi chmurami nieba? Pojeździliśmy tu i tam. Zwiedziliśmy port, przejechaliśmy pod domem Ernesta Hemingwaya. Wszędzie pełno palm, tropikalnych chaszczy. No taki kubański klimat. Synek mega chciał się przekąpać. Nie mogliśmy być złymi rodzicami hihi. Polazł do wody mimo zagrożeń ze strony jakichś meduz, a my z macochą pilnowaliśmy by wszystko było dobrze ;)


Kolejnego dnia rano, tuż po śniadaniu zrobionym bez użycia sztućców ;) podjęliśmy próbę wypadu na focenie treningów do pokazów AIR & SEA SHOW. Od początku nie wyglądało to dobrze. Deszcz i silny wiatr sprawiły, że treningi nie odbyły się prawie wcale. Pojawiły się w zasadzie tylko jakieś C-17, C-130 i HH-60 Pavehawk, który próbował robić jakiś desant. Na chwilę przyleciały też dwa A-10. Szare na szarym, mokro i brzydko. Skoro samoloty zaprzestały pokazów, to nadszedł czas na nas z deocem. Byliśmy już tak przemoczeni, że mieliśmy totalnie gdzieś, czy będziemy stać na deszczu, czy w oceanie. No jedna różnica była znacząca – woda z góry nie była słona. Wydurnialiśmy się beztrosko jak dzieci, ale czasem człowiek potrzebuje takiego totalnego resetu. Wracaliśmy do samochodu ociekając wodą. Na szczęście było ciepło. Huragan nie spuszczał z tonu.

 

 

Nie przestał atakować też i w sobotę rano. Na plaży pojawiło się sporo osób. To bardzo ważny weekend dla USA, gdyż zawsze w tych dniach obchodzone jest święto weteranów. Przyjechało dużo ludzi z całych Stanów. Potężna scena koncertowa, cała masa różnych budek, straganów. Wszystko na nic. Nie dość, że potężnie lało, to jeszcze bardzo mocno wiało od oceanu. Fajnie to wyglądało. Wystarczył kawałek jakiejś budki, by zaraz za nią ustawiali się ludzie, jeden za drugim jak pingwiny podczas śnieżnej zawieruchy. My też mieliśmy swoją budkę, chyba wypożyczalnię leżaków. Uratowała nas. W sobotę nie latało nic. Zresztą padło z głośników, że wszystkie loty odwołane. Postanowiliśmy zatem poszwendać się po Miami Beach. Mimo złej pogody miasto było pełne ludzi. Wbiliśmy nawet do jakiejś amerykańskiej knajpy. W sumie było mega fajnie. Żal jednak pozostawał, że w temacie lotniczych sukcesów -  nadal bryndza.


Niedziela przywitała nas, a jakże, potężną tropikalną ulewą! Na stronie pokazów pojawiła się jednak informacja, że pokazy będą od godziny 13.00. Nie pozostało nam nic innego, jak koło południa ponownie pojechać na plażę. Nasze nastroje zmieniały się z każdą chwilą. Na plaży bardzo dużo ludzi i wszyscy mówili, że ta 13.00 jest aktualna. Przygotowaliśmy więc sprzęt i zaczęliśmy wypatrywanie. Chmurki zaczynały się przerzedzać i zapowiadało się, że w końcu doczekamy się ryku silników i tego, po co tu przyjechaliśmy, potężnych oderwań!

Pokazy niemrawo rozpoczął T-38 Talon. W sumie pierwszy raz go miałem w takim malowaniu. Po kilku chwilach zaczęło się najlepsze. To US Navy Tac Demo Team - Boeing F-18 Super Hornet Demo! Zrobił to co uwielbiam najbardziej. Bez żadnego filozofowania wykonał kilka taktycznych manewrów, które w wojskowy sposób można było określić „ruch i ogień”! Dodatkowo jednak, pierwsze, a już spektakularne oderwania! Podczas widzianego już wcześniej w piątek desantu z HH-60 Pavehawk osłanianego przez dwa samoloty A-10, pogoda zaczęła się poprawiać bardziej zdecydowanie. Na tyle, że woda zaczęła nabierać charakterystycznego turkusowego kolorku i na tyle, by przelatujący kilka chwil później B-2 Spirit dostał w tle odrobinę błękitu. Później było już tylko lepiej. Idealnie zaś, przy pokazach F-16 i F-35, które po demonstracjach indywidualnych, wykonały wspólnie Heritage Flight. Swoją drogą po raz pierwszy widziałem F-16 w roli „Oldbirda”. Oczekiwana przeze mnie najbardziej atrakcja pokazów, czyli przelot B-1B również nie zawiodła! Ale mieliśmy farta. Szalejącemu nad Florydą huraganowi udało się wyrwać magiczne trzy godziny, dzięki którym śmiało mogliśmy powiedzieć, że wrócimy do Polski z tarczą!   


Samolot powrotny mieliśmy w poniedziałek o godzinie 17.00. Szkoda było więc tracić czas na siedzenie w motelu. Postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Przeglądając Google Maps, zainteresował nas południowy cypel Miami Beach. Okazało się, że jest tam jakiś park. Dokładnie to: Bill Baggs Cape Florida State Park. Nie mieliśmy nic do stracenia. Pojechaliśmy i od samego początku byliśmy w lekkim szoku. Gdzie nie spojrzeć to wszędzie pojawiały się jakieś zwierzaki. A to jaszczurki, a to wiewiórki, a to ptakulce. No masakra, żeby człowiek się zastanawiał gdzie postawić nogę?! Był to świetny wybór. Odpoczęliśmy po ostatnich stresach, a ja zrobiłem całkiem sporo zdjęć. Głównie z Ewą, gdyż uwielbiam ją fotografować. Ostatnie pożegnanie z oceanem i do samochodu i na lotnisko.

Z Miami International Airport wystartowaliśmy na pokładzie Airbusa A-380. Dla tych co nigdy nie widzieli (nie wierzę) poniżej filmik z kamer zamontowanych na tym olbrzymie. 24 godziny później byliśmy już z naszymi przyjaciółmi nad jeziorem w Polsce… ale to opowieść do poczytania już przy innej kawie :)

Kliknij>>> WSZYSTKIE ZDJECIA Z WYPADU

Kliknij>>> ZDJĘCIA LOTNICZE Z POKAZÓW

Tło:

zamknij

© 2019 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna