Tekściwo

hesja Air-Art Photography

18 LIP 2015

Robienie zdjęć?

Nie interesuje mnie robienie zdjęć!

Jest niedzielne popołudnie podczas pokazów lotniczych odbywających się z okazji 100-lecia Rosyjskich Sił Powietrznych. Impreza, na którą czekałem cały rok. Fotograficzny i lotniczy raj dla wszystkich lotniczych świrów. Nad naszymi głowami lata­ją maszyny, jakich ciężko szukać na innych pokazach na całym świecie. Wydawałoby się, że matryca w moim aparacie powinna grzać się do czerwoności a karty pamięci zapełniać w iście błyskawicznym tempie ale… nic takiego się nie dzieje! Aparat leży na mojej walizce a ja stoję oparty o jeden z wielu stojących tu, za płotem lotniska samochodów i… patrzę sobie na pięknie latający tuż nad moją głową zespół Red Arrows. Ktoś z ekipy pyta mnie, dlaczego nie focę? Hmmm co mam odpowiedzieć? Przecież sam nie wiem do końca dlaczego, więc wzruszam ramionami i rzucam coś w stylu – „a tak jakoś…” Pytanie jednak wierci mi dziurę w głowie. W głowie, przez którą przebiegają mi wspomnienia różnych, podobnych sytuacji z przeszłości, w których wydawało się, że robienie zdjęć to oczywista oczywistość, a ja ich nie robiłem. Nie raz i nie dwa stałem jak dziś na pokazach z odłożonym aparatem. Nie raz i nie dwa wyjeżdżając z różnymi osobami w często magiczne wręcz miejsca, mając ze sobą cały asortyment aparatów, obiektywów, lamp, blend i cholera wie czego jeszcze… nie zrobiłem ani jednego zdjęcia! Nigdy nie robię też żadnych fotograficznych zleceń. Unikam jak ognia sytuacji: hesja a zrobisz mi zdjęcia? A zrobisz zdjęcia mojej córeczce/psu/kotu? A zrobisz nam zdjęcia na ślubie/weselu? Nie! Nie zrobię! Wymiguję się od takich akcji jak tylko mogę!

foto Marta Holka
Dlaczego tak się dzieje? Przecież jestem dość konkretnie ześwirowany na punkcie fotografii? Od dawna się nad tym zastanawiam jak to jest i chyba właśnie tu, teraz, w Moskwie doznaję olśnienia! Dochodzi do mnie to, o czym mówię na wszystkich prelekcjach czy wykładach o fotografii lotniczej. Dochodzi tak serio jak tylko potrafi, że… Nie interesuje mnie tylko fizyczne, mechaniczne robienie i kolekcjonowanie zdjęć! Samo fotografowanie nie jest priorytetem w moich działaniach a jeżeli już się pojawia to tylko w wyniku dobrej zabawy i jest jej kolejnym, bardzo ważnym elementem! Ja kocham fotografować ale tylko wtedy, gdy się przy tym dobrze bawię! Szperam sobie w pamięci i dochodzi do mnie, że moje zdjęcia, te nielotnicze, prawie zawsze powstają na zasadzie: Ty! Poczekaj, ale jest zajebiście – zrobię parę zdjęć! Wtedy zaczynam kombinowanie z obiektywami, światłem, kadrowaniem i wpadam w fazę, z której trudno szybko mnie wyciągnąć. Bawię się jak dziecko w piaskownicy zatracając się totalnie w czasie, ale tylko pod warunkiem, że wcześniej, zostanie przekroczona jakaś masa krytyczna, która spowoduje tę lawinową reakcję!  Tylko wtedy fotografowanie ma dla mnie sens, gdy towarzyszy i jest elementem dobrze pojętej zabawy!
A co z fotografią lotniczą? Sprawa ma się bardzo podobnie.

Zawsze szukałem klarownej odpowiedzi na pytania i uwagi jakimi zasypywali mnie nie tylko moi bliscy. Pytania dlaczego na foto-lotnicze polowania w bazach nie jeżdżę samemu? Przecież fotografując samemu mógłbym mieć unikalne kadry, wejść tam gdzie grupą się wejść nie da! Zrobić o wiele lepsze fotki! Dlaczego wszędzie i wszystkim zdradzam tajemnice swojego warsztatu? Mówię gdzie jechać, jak i co focić. Co chwilę słyszę hasła, że jak wszyscy będą wiedzieć dokładnie to co ja, to ja zniknę w ich tłumie. Po co mi w ogóle to całe stowarzyszenie? Co ono mi daje?

Odpowiedź na te wszystkie pytania ponownie jest ta sama! Nie interesuje mnie tylko robienie zdjęć! Gdyby tak było, byłbym samotnym wilkiem w bazach lotniczych, dreptałbym ścieżki znajomości w celu zdobycia dla siebie jak najlepszej opcji fotografowania, stałbym ściśnieniowany na pokazach ze skupioną miną trwając w walce o „fotkę życia”. Zapewne upolowałbym sporo fotograficznej zwierzyny. Ale czy te trofea dawałyby mi radość? Tą radość, na której najbardziej mi zależy? Pisząc to, przeglądam różne swoje fotki i Wiecie co? Najwspanialsze dla mnie nie są te zdjęcia, które zdobyły największą liczbę „lajków” na FB a te, podczas robienia których była mega zabawa! Wspominam Radom 2005 i bounce z Goldim na krzesłach, wspominam rewelacyjny „czwartek” czy Wildgarst w Axalp, Góraszkę 2010 z eFsixteenkami czy Kecskemet za płotem z tadziowym Nightwish. Było tego naprawdę dużo! Takie podejście do fotografowania, w którym nie jest ono celem a jedynie elementem dobrej zabawy, generuje od razu inne zachowania. Zupełnie inaczej to fotografowanie, ta zabawa wygląda. Po naszych wyjazdach, naszych spotkaniach zawsze towarzyszy mi ból brzucha od śmiechu i głowy od… nadmiaru świeżego powietrza :)

Do dobrej zabawy potrzebni są ludzie! Ludzie, którzy widzą ten temat tak samo jak ja. Ludzie, którzy bawią się a przy okazji fotografują, którzy nie mają strasznego spięcia na fotki a raczej wycelowani są w miło spędzany czas. Oczywiście też, wraz z tym moim wywodem, nie próbuję udowodnić, że tylko moja wizja fotografowania jest dobra a pozostałe nie! Moje podejście do fotografowania to moja sprawa. Ono nie wadzi nikomu i nie jest wymierzone przeciwko komukolwiek. To radosne fotografowanie, które przyciągnie do siebie wszystkich tych, którym bliska jest dobra zabawa i uśmiech na twarzy a dalekie są ciśnienie na fotki i niezdrowa rywalizacja. Dlatego od wielu lat na fotografowanie lotnicze wyruszam otoczony grupą osób. Ta grupa z czasem zamieniła się w paczkę przyjaciół – paczkę lotniczych świrów. Na bazie tej paczki powstało stowarzyszenie. Oczywiście na początku nie było kolorowo. Idea stowarzyszenia nie pasowała wszystkim. Trwała dyskusja. Były głosy by nie robić masówki, by nie zatracić naszego sposobu na fotografię. Po co zatem jest to stowarzyszenie? Otóż dzięki niemu mamy stały dopływ świeżej krwi, dopływ nowych osób z pośród których wyłaniają się ci, którzy widzą fotografowanie lotnicze tak jak my. Teraz, po ponad dwóch latach funkcjonowania SPFL, jestem przekonany, że to był ruch w dobrym kierunku. Masówki nie ma a ludzie, którzy są z nami to są właśnie te osoby! SPFL jest dla wszystkich ale… nie dla każdego :) Czy wszyscy członkowie SPFL mają zatem podobne do naszego podejście? Oczywiście, że nie! Ludzie przyłączający się do nas tak naprawdę nie do końca wiedzą o co w SPFL chodzi. W pierwszej chwili są dość konkretnie zdezorientowani. Dopiero po pewnym czasie przychodzi konstatacja. Zdecydowana większość daje się porwać przez naszą błękitną falę. Miło jest czytać wszelkiego rodzaju maile czy odbierać telefony, których treść jest bardzo podobna i brzmi mniej więcej tak, że kiedyś myślałem, później zobaczyłem a teraz już wiem! :) Ci ludzie ze smutnych, samotnych fotografów powoli stają się coraz bardziej otwarci, coraz mniej spięci. Coraz częściej łapią się na tym, że tu tak naprawdę chodzi o zabawę, bo tylko idąc tą drogą są w stanie zrobić fotografie zabarwione potężnym ładunkiem pozytywnych emocji czy mega przeżyć! Po pewnym czasie tęsknią za spotkaniem, wspólną zabawą a dopiero gdzieś na końcu za wspólnym fotografowaniem! Czy wszyscy tak mają? Oczywiście, że nie. Jest też grupa (na szczęście niewielka), która mimo, że już „wie”, poznała i doświadczyła, to nadal gra głównie do swojej bramki lub nie zmienia swojego podejścia do fotografowania i do ludzi. Dla tych osób nasze podejście jest raczej nie do przyjęcia i te osoby albo już zrezygnowały z SPFL albo są bliskie takiej decyzji.

Czy cała reszta to chodzące ideały?  Na szczęście nie. Każdy z nas jest inny i każdy z nas, mimo wspólnego nurtu ma różne podejście do niektórych spraw. Każdy z nas ma jakieś zalety i… jakieś wady. Te wady są oczywiście do zniesienia choć czasem bywa z tym trudno. Wszystko zależy od tego kto ma jaki poziom akceptacji i co dla kogo jest istotne, a co nie. Dla mnie istotną sprawą (w kontekście fotografii oczywiście) jest to, by nie zatracać kierunku jakim jest wspólna fotograficzna zabawa, na rzecz kierunku – bez względu na wszystko muszę zrobić jak najlepsze fotki! Takie ukierunkowanie działań sprawia bowiem, że czasami ludziska zamiast się wspólnie bawić, dostają jakiejś dziwnej spinki. Nic wielkiego, ale jednak. Czasem umawiają się z resztą na godzinę 14 wiedząc, że fotografowanie zaczyna się o 11 i dzięki temu zrobią lepszy od reszty materiał. Czasem w ogóle nie powiedzą o jakimś foceniu by samemu, zupełnie przypadkiem znaleźć się w samym sercu akcji. Czasem, koleżeństwo i współpraca kończą się w momencie pojawienia samolotu nad horyzontem. Czasem nie powie się kolegom o super miejscówce do focenia, kiedy indziej o wypatrzonym mega kadrze… a wymieniać można wiele. Nie wiem dlaczego i skąd to się bierze, ale czasem z właściwego sobie luzu, ludziska przechodzą w fazę ciśnienia na fotki i działania podporządkowanemu jednemu celowi – zrobienia zdjęć i to lepszych od reszty! Sam nie wiem czy to poziom naszej fotografii sprawia, że ludzie dostają do głowy taki impuls? Przecież biorąc pod uwagę nasz fotograficzny poziom oraz złożoność procesu tworzenia fotografii i ilość składowych, która musi być spełniona, by to zdjęcie było naprawdę dobre, to ta walka jest w zasadzie nie do wygrania. Zawsze znajdzie się przecież ktoś, kto ma lepszy dostęp do lotnictwa, lepszy warsztat, lepszy sprzęt, lepszą obróbkę, czy po prostu większego farta. Walczyć o lepsze zdjęcie, gdy na pewnym poziomie nikt tak naprawdę nie jest w stanie obiektywnie zmierzyć, które zdjęcie jest lepsze od którego? Ta walka naprawdę jest nie do wygrania. A skoro walka jest nie do wygrania to… po co walczyć? Raz się zrobi piękne foto a raz nie. Czasem pochwalą mnie a czasem Ciebie. Podpowiedz koledze super miejscówkę to innym razem ktoś podpowie Tobie. Powiedz innym jak poprawić jego błędy, kiedy indziej Tobie ktoś udzieli wskazówek. A to, że dzięki Twojej wiedzy ktoś inny zrobi mega fotkę to tylko dla Ciebie powód do radości. No może czasem tylko sprawy mają się inaczej, gdy Ty ludziom podpowiesz miejscówkę a potem się na tą miejscówkę sam nie dopchasz. I tak bywa. Załóżmy, że nawet uda się w takich warunkach zrobić to super zdjęcie. Załóżmy, że zdjęcie dostanie tysiąc lajków na FB i Super Fotę na naszej klasie. Pojawi się w kilku magazynach i na kilku portalach zgarnie pozytywne komentarze. Czy to zdjęcie będzie przedstawiało sobą jakąś większą wartość niż tylko te kilka milionów pikseli? Dla mnie, jeżeli nie towarzyszą jego powstaniu jakieś pozytywne przeżycia to… nie! A mimo to walka trwa i każe niektórym osobom zachowywać się co najmniej dziwnie. Chwilami tak dziwnie, że patrząc na te zachowania, odechciewa się bawić. A jak nie ma zabawy, to pozostaje tylko robienie zdjęć, a mnie… tylko robienie zdjęć nie interesuje.
 

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna