Tekściwo

hesja Air-Art Photography

14 LIP 2008

Anglia 2008

Londyn i wypad na RIAT do Fairford

2008 Anglia
Londyn i wypad na International Air Tatoo do Fairford

Wstęp...
Zawsze chciałem odwiedzić naszą drugą Polskę! Tą położoną na wyspie oczywiście :) Nigdy jakoś nie było okazji. Człowiek całą Europę zjeździł a tam nie trafił nigdy. W końcu przydarzyła się okazja. Razem z Leszkiem Kobusińskim (Hlynur) postanowiliśmy odwiedzić c­hyba największe pokazy lotnicze w Europie o dźwięcznej nazwie Air Tatoo lub jak kto woli The Royal International Air Tatoo w skrócie RIAT. oczywiście byłoby bez sensu lecieć tyyyle kilometrów by zobaczyć na Wyspie tylko pokazy lotnicze. Zatem plan był skonstruowany tak, by poza niewątpliwie największą atrakcją jaką był RIAT, również coś pozwiedzać w okolicy. Piękne czasy nastały. Człowiek może kupić bilet lotniczy, wynająć samochód czy zarezerwować miejsce w dowolnym hotelu z jakiegokolwiek miejsca na świecie nie wstając od swojego komputera. Bilet lotniczy wraz ze wskazaniem miejsca w samolocie ma się rozumieć :) Oczywiście nie musze dodawać, że im wcześniej się go nabędzie tym będzie on tańszy. Do tego warto pokombinować godzinami przylotów i odlotów bo i to może nam dać kilkaset złotych oszczędności nawet w PLL LOT. Bo właśnie LOT-em postanowiliśmy się przelecieć. To był dobry pomysł. Bez opóźnień, zbędnych komplikacji i z żarciem na pokładzie. Heh, gdyby nie wypożyczony samochód byłoby i z piciem :)

Dziwne widoki z okna poprzez spaliny silnika

Tam gdzie się kończy tęcza nie ma garnca miodu lecz... Air India? :)

Przed lądowaniem na Heathrow trafiła nam się fajna przygoda. Z powodu dużego ruchu na lotnisku musieliśmy powisieć trochę w holdingu. Samolot wykonywał piękne zakręty i ku mojemu zdziwieniu przelecieliśmy nad samym centrum Lądka :) Tak więc London Eye widziałem jeszcze przed lądowaniem. Zaraz po wylądowaniu zapakowaliśmy się do busa Avis a ten przetransportował nas na parking i do biura Avis właśnie. Poprzez tą firmę wynajęliśmy samochód. Wszystko już na nas czekało. Nie było samochodu z zamówionej przez nas grupy więc dostaliśmy z kategorii wyższej. Tak więc nówka sztuka Renault Laguna w dość bogatej wersji z silnikiem diesla i z... no właśnie! Kierownicą po prawej stronie hihi :)

Śmiechu było co nie miara. Po krótkiej wprawce na sucho (bo i biegi lewą ręką trzeba zmieniać) wyruszyliśmy w naszą podróż. Chwilę potrwało zanim się przyzwyczaiłem do tego, że wszystko jest odwrotnie. Największym problemem było określenie wymiarów samochodu przy manewrach. Głównie tego jak szeroki jest z lewej strony. Wbrew pozorom ronda nie były takie straszne bo tam akurat było normalnie... ci z prawej mieli pierwszeństwo :) Jakoś się wszystko szybko poprawnie ułożyło w głowie i dawaliśmy radę z przemieszczaniem się. A propos wypożyczenia samochodu, to był to bardzo dobry pomysł. Za 4 dni samochód tej klasy co powyżej (grupa E) z wykupionym dodatkowym ubezpieczeniem (17GBP za dzień) oraz z drugim kierowcą (20GBP za cały okres) wszystko razem kosztowało 175GBP. Myślę, że to bardzo rozsądna cena. Polecam.


Południowe wybrzeże
Pierwszym etapem naszej podróży było południowe wybrzeże wyspy. Morze po raz pierwszy zobaczyliśmy w Brighton.

Wyświetl większą mapę

To piękne i chyba najbardziej w Anglii znane miasteczko letniskowe kojarzyło mi się bardzo z naszymi Kołobrzegiem czy Sopotem. Tylko jego potęga i sława są większe. Widać nowe budownictwo, ale też i stare tradycyjne domki świetnie wpisujące się w klimat tego starego letniska. Przymykając lekko powieki, można było dostrzec te tłumy z lat 20-tych poprzedniego wieku wypoczywające na plaży. Panny w sukienkach z parasolkami i goście w kombinezonach kąpielowych, obowiązkowo w paski :) Plaża piaszczysto-żwirowa z takim fajnym żwirkiem i ta woda... Była zupełnie inna od tej jaką sobie wyobrażałem. Myślałem: kanał, więc cicha i spokojna jak to w kanale. Nic bardziej mylnego. Fale były chwilami większe niż te oceaniczne na Kanarach.

O ich wielkości niech świadczą choćby walczący z nimi w okolicach Birling Gap surferzy!

Kolory też bardzo różne i ciekawe. Mimo wszystko woda nie była tu główną atrakcją lecz przepiękne, potężne wapienne klify! Pamiętałem je tylko z opowieści polskich pilotów z czasów II wojny światowej, wracających z wycieczek nad kontynent. Opisywali je jako drzwi do domu (Anglii), że jak już było widać klify to tak jakby się było już w domu. Tyle że, z pokładu samolotu klify musiały wyglądać jak szersza lub węższa biała wstęga. Natomiast jak się pod nimi stanie i spojrzy w górę na granicę białych skał i ciemno-błękitnego nieba to o zawrót głowy nie trudno.

Po spacerze wybrzeżem ruszyliśmy na górę. Kapitalny widok. Szerokie połacie trawiastych łąk z elegancko (a jakże) przystrzyżoną trawką. Wszystko takie spokojne jak na wieeelkiej łące i nagle... koniec! Urwisko w dół na kilkadziesiąt metrów! A w dole fale biją prosto w klif. Piękna klimatu dopełniła stojąca nieopodal w wodzie od wschodniej strony, latarnia morska (Beachy Head) dzielnie znosząca potyczkę z otaczającymi ją falami. Przepiękny klimat, potężna przestrzeń, dość silny wiatr... Chwile nie do zapomnienia!

Londyn
Z wybrzeża pojechaliśmy prosto na północ, do Londynu. Dumnej stolicy Wielkiej Brytanii. Droga trwała niewyobrażalnie długo z racji podmiejskich korków. Do tego juz w samym centrum dopadły nas potężne problemy z zaparkowaniem co na pewno nie było miłe ale... udało się :) Miasto robi niesamowite wrażenie nawet na takich turystach jak my, którzy mieliśmy na jego poznanie, może nie na poznanie ale powiedzmy spotkanie, tylko kilka godzin. Po zaparkowaniu, wygłodniali robienia zdjęć wystartowaliśmy jak z procy :) Udało się zatrzymać w samym centrum więc w oczy rzuciły nam się od razu ikony Londynu. Potężne i majestatyczne budynki Houses of Parliamet z wyróżniającym Londyn na całym świecie Big Ben’em. Wszystko to obserwowane przez olbrzymie oko (London Eye) przyglądające się Big Ben’owi i całemu Londynowi z drugiej strony Tamizy (na marginesie wspaniały pomysł jeżeli chodzi o widoki na miasto).

Wyświetl większą mapę

 

Nie omieszkaliśmy i tam pod owe oczko podejść ale najpierw odwiedziny Westminster Abbey tak słynnej z historii Anglii jak i oczywiście z wielu filmów :) Spacer drugą stroną Tamizy trwał baaardzo długo a zakończył się na rewelacyjnym Tower Bridge i zamczyska Tower of London, nad którego średniowiecznymi wieżami majestatycznie pobłyskiwał Księżyc.

Było już totalnie ciemno i padnięci byliśmy maksymalnie, lecz to nas nie powstrzymało przed ogołoceniem przynajmniej tej okolicy Londynu z kadrów :) Nie omieszkaliśmy też przejechać się słynnym londyńskim metrem (mieliśmy pecha jadąc w zasadzie jedną z mniej ciekawych linii więc wrażenie niespecjalne) no i oczywiście choć na chwilę zakosztować atmosfery pubu, który zadziwił nas choćby tym, że towarzystwo okupowało chodniki ulicy przy którym się ów pub znajdował miast siedzieć (jak podejrzewałem) w środku :) Jakie wrażenia? Bardzo różne. Miasto robi przeogromne wrażenie. Przede wszystkim jego wielkość i odległości pomiędzy poszczególnymi dzielnicami. Jego zatłoczenie i wręcz nie do przebrnięcia problemy z parkowaniem. Przepiękna architektura zarówno ta historyczna jak i nowoczesna połączone ze sobą z wielką rozwagą i wyczuciem. Urzekła mnie wręcz promenada biegnąca z drugiej strony Tamizy a przy niej wielkie londyńskie oko, wspaniałe budynki, knajpy, muzea, miejsca spotkań, ławki i... wszędobylska zieleń. Ta promenada od razu skojarzyła mi się z dzikim, prawym brzegiem Wisły w Warszawie porośniętym krzakami i zaroślami, heh. A mogłoby być choć w połowie tak pięknie jak tu. Jeżeli zaś chodzi o ludzi Londynu to panuje tu wielonarodowość wręcz niesamowita! Masa hindusów, czarnoskórych, skośnookich czy choćby Polaków :) Wszyscy żyjący w totalnej symbiozie no i dumni z zamieszkiwania tego wspaniałego miasta! Odniosłem tylko wrażenie, że oni wszyscy w tej swojej pracy, dumie i radości z życia w Londynie czują się mimo wszystko jego mniej lub bardziej chwilowymi gośćmi. Niestety nie poznaliśmy bliżej żadnego rodowitego Londyńczyka. Oczywiście jak w każdym wielkim mieście nie dało się nie zauważyć kontrastów majątkowych. Z jednej strony przemykający biznesmeni czy finansiści z city, z drugiej niestety też Polacy biegający ze szmatkami po lotnisku (no nie wyglądało to najlepiej) czy żule zalegający bezpośrednio na chodnikach w przeróżnych miejscach miasta. Takie życie. Podczas stawiania każdego kroku po Londynie dało się wyczuć tętno jego potężnie bijącego serca no i... przechodząc przy miejscach znanych z dziesiątek książek, podręczników czy choćby filmów, to niesamowite wręcz tchnienie historii. To miasto zdecydowanie ma duszę! Wyjątkową duszę!

Stonehenge
Następnego dnia z rana wyjechaliśmy po noclegu u mojej kochanej rodzinki na zachód wyspy. Bardzo sympatycznie jeździ się brytyjskimi autostradami i trasami szybkiego ruchu. Nawigacja bardzo przydatna. Kierunek Stonehenge. Jedziemy do jednej z najsłynniejszych europejskich budowli megalitycznych. Jadąc przez równiny okolic Salisbury, już z daleka zobaczyliśmy owe magiczne miejsce wspaniale wyglądające, mając w tle spowite pięknymi chmurkami niebo. Potężne głazy ułożone w ciekawe kręgi, których układ powiązany jest z wędrówką Słońca i Księżyca. Naukowcy od lat zastanawiają się jaki był cel tej budowli. Najprawdopodobniej ku czci Słońca i najprawdopodobniej za pomocą odpowiedniego ułożenia kręgów obliczano pory roku czy zaćmienia Słońca. Poza samym kształtem i potęgą zastanawia sam budulec. Te najcięższe głazy pochodzą z Walii ok. 250km od Stonehenge. Jak nasi pierwotni przetransportowali owe maleństwa? Jak obliczyli ułożenie kręgów? Czy może otrzymali jakąś pomoc z „zewnątrz”? Te i wiele wiele innych pytań pozostaną chyba na zawsze ich tajemnicą. Ważne jest jedno... Na pewno pozostawili nam niezłą zagadkę i... piękną miejscówkę do obfocenia, co z Leszkiem skrupulatnie wykorzystaliśmy :)

Rejon Cotswolds
Ze Stonehenge ruszyliśmy w trasę prosto do Poulton gdzie ma znajdować się nasza baza czyli Pound Cottage. Cotswolds to niesamowita okolica. Wszystko jak z bajki a dokładniej wszystko wygląda jakby czas trochę się zatrzymał. Te kamienne domki z kamiennymi murkami dookoła. Ogrody, ogródki obejścia, uliczki. Wszystko tak pięknie dopracowane jakby ludzie budowali domy i robili wszystko wokół tak, by uczynić z tego od razu atrakcję turystyczną. Jednak jak się bliżej pozna mieszkających tam ludzi to okaże się, że to nie jest tak. Okaże się, że to wszystko z dziada pradziada było i jest dokładnie takie samo. To ich tradycja jak nasze chaty góralskie. Byłyby dokładnie takie same nawet gdyby do Zakopanego nie przyjechał ani jeden turysta. Dojechaliśmy do Pound Cottage i ku naszej radości okazało się, że domek w którym mamy mieszkać, wcale nie odbiega od wszechpanującego klimatu.

Wyświetl większą mapę

Wręcz jest typowy czyli piękny :) Do tego ta nasza Pani. Typowa Angielka taka z podręczników angielskiego :) Nie tylko z wyglądu, ale też z mowy. Ten ich angielski w tamtych okolicach jest taki czysty i taki można powiedzieć książkowy, że aż miło było posłuchać. Oczywiście wszystkie obyczaje jak najbardziej pielęgnowane, róże w ogrodzie i... eggs and bacon na śniadanko :)
W całej okolicy Poulton, które położone jest jakieś 3-4 kilometry od lotniska w Fairford, non stop było słychać silniki trenujących do pokazów samolotów. Co chwilę coś przelatywało w okolicy. Dla tubylców to normalka. W końcu Fairford to jedna z większych baz lotniczych RAF i USAF w Europie. Kapitalny efekt. Stare i z pięknym klimatem domki a nad nimi ryczące silniki odrzutowców. To dopiero bajka :) W związku z zawirowaniem związanym z odwołaniem pokazów mieliśmy trochę czasu na pozwiedzanie okolicy. Pozwiedzaliśmy Cirencester i Fairford. W Cirencester urzekł nas przepiękny i olbrzymi park, którego główna aleja biegła chyba od nieskończoności aż po wieżę kościółka na rynku o ile tak to można nazwać :)

Wspaniałe wąskie uliczki z ciekawą architekturą. Można było się w nich zagubić. Zupełnie inny klimat niż gdziekolwiek na świecie.

Wszędzie poprzeplatane stare z nowym, co udało mi się oddać na kilku ujęciach.

Piękno okolicy trochę zrekompensowało nam stratę pokazów, w wyniku których odwołania, mieliśmy okazje poznać też zupełnie inne okolice Anglii, Anglii Old School :)

Anglia?
Piękny kraj. Nie sądziłem, że tak mi się spodoba. Na każdym kroku czuć tego klasycznego brytyjskiego ducha :) Tego baaardzo konserwatywnego oczywiście. Wystarczy wejść do którejkolwiek angielskiej łazienki by się o tym przekonać. Od tak dawna panująca zasada dwóch kranów nad umywalką,

osobno z zimną i osobno z ciepłą wodą, mimo swojej totalnej bezsensowności, wydaje się być nie do zniszczenia! :) Przy niej, lewostronny ruch samochodowy wydaje się już naprawdę niczym dziwnym, a może właśnie o to chodzi? :)

Odlot

Gdzieś nad morzem północnym ferma wiatraków widziana z 11000m

Lądowanie na Okęciu

PS. Z wielkim podziękowaniem dla Marcina „DonMaliniacco” za wprowadzenie w „Podstawy użytkowania Wielkiej Brytanii” :)

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna