Tekściwo

hesja Air-Art Photography

03 CZE 2012

Roma Airshow

Roma International Airshow 2012

Roma International Airshow 2012


Wyjazd do słonecznej Italii tuż po powrocie z niemniej nasłonecznionych Stanów zapowiadał się iście hardkorowo. Straszono mnie, że po przylocie zza oceanu, w związk­u ze zmianą czasu, nie będę mógł przez kilka dni normalnie funkcjonować. Mimo to zaryzykowałem. Kilka godzin po wysiadce z samolotu w Warszawie już jechaliśmy samochodem do… Wenecji! :) Łatwo nie było, ale daliśmy radę. Nie dość że udało nam się dojechać, to jeszcze cały kolejny dzień czesaliśmy z kadrów to piękne miasto. Wenecja i Toskania pozwoliły naszym aparatom odpocząć od fotografowania lotnictwa, ale tydzień za granicą, bez lotniczego focenia mógłby nas przecież  wszystkich pozabijać! Dlatego też, planując toskańską wyprawę, dopisaliśmy na jej końcu jeszcze jeden punkt programu. Punkt o nazwie: Roma International Airshow! Brzmiało nieźle! W weekend 02-03 czerwca 2012 roku nadszedł czas, by sprawdzić jak będzie w rzeczywistości.

Kolorowo od samego początku
SPFL Team w okularkach Złociutkiego

Pokazy na plaży mają swój... inny wymiar

Jest na nich trochę inna publiczność :)

Kolejne pokazy na plaży w tym roku. Podobieństwa do pokazów nad Jones Beach są właściwie tylko dwa. Potężny tłum i słońce w twarz. Wszystkie pozostałe aspekty wyglądają totalnie inaczej. W czasie rozmów z organizatorami oraz znajomymi, którzy są już na miejscu od jakiegoś czasu, dochodzi do nas coraz więcej informacji, które straszą fiaskiem imprezy. A to żałoba narodowa w całym kraju po katastrofalnych trzęsieniach ziemi, a to brak paliwa dla pilotów Tornado i Frecce Tricolori z racji kryzysu, a to choćby podejście samych Włochów, którzy mimo potężnych tłumów widzów, swoje rodzime pokazy traktują bardzo po macoszemu. Nic to. Moje nastawienie do tej imprezy jest bardzo luźne. Zależy mi w zasadzie głównie na sympatycznym spędzeniu czasu z przyjaciółmi w lotniczym klimacie.

Było też coś dla Pań :)

Nowa moda - focenie terminarzem! :)
Dzięki temu, że niektórzy z naszych są tu już od wczoraj i wykazali się sporym sprytem, udaje nam się pozyskać miejscówki nieomal w samym centrum planowanych pokazów. Rozkładamy się wygodnie na leżaczkach i spijając kolejny już zimny napój rozkoszujemy się pięknym włoskim słoneczkiem, kolorami Morza Tyreńskiego oraz oczywiście towarzystwem. Zarówno naszym z Air-Action jak i tym, które zajęło okoliczne leżaczki. Oj, tu akurat w przeciwieństwie do Jones Beach – jest na co popatrzeć i do kogo się pouśmiechać. Jako że tu większość osób przyszła głównie poplażować, ewentualnie sfotografować coś swoją komórką czy „terminarzem” (tak nazywam fotografowanie tabletem), to widok naszej grupy – uzbrojonej po zęby w sprzęt foto – wywołuje niemałe zainteresowanie. Przez głowę przebiega mi przemyślenie, w jak rozmaitych okolicznościach przychodzi nam fotografować to nasze kochane lotnictwo. Raz trzaskający mróz, raz upał, śnieg czy deszcz. Innym razem mega wspinaczka, przylotniskowe krzaki czy beton pasa startowego. Tym razem uczestniczymy w błogiej sielance na plaży. Są drinki z parasolką, leżaczki, piękne słoneczko i szum morza. Brakuje tylko… lotnictwa! :)  

Wreszcie na plaży zaczyna się jakiś ruch. To trwają przygotowania do startu paralotniarzy! Przynajmniej coś się zacznie dziać. Wzbijają się w górę i rozwijają włoską flagę, która po kilku przelotach opada na plażę i… tak na niej zostaje przez kilka długich chwil. Dzieje się więc coś, co w Stanach byłoby raczej niedopuszczalne! Paralotniarze latają dalej, i dalej, i dalej. Dobrze, że mamy co robić na plaży, bo po kilku minutach ich przeloty stają się trochę nudne – nawet dla naszych „cywilnych” towarzyszy.

Motorolotniarze gotowi do pokazu

 

Flaga w piachu... Nie po amerykańsku zupełnie!
Gdy już prawie nikt nie śledzi wyczynów paralotniarzy, nad plażą pojawia się Orus Team – zespół latający na samolotach SF-260. Niby nie porywają niczym specjalnym, ale wykonują cały szereg grupowych przelotów, mijanek. Jest OK. Szkoda tylko, że są totalnie pod słońce i bez żadnych dymów. Ciężko o jakieś dobre zdjęcie. Tuż po nich na samolocie Extra 300 walczy włoski solista – Francesco Fornabaio, a po nim nadlatują śmigłowce ze stajni Augusty – jedna należąca do Belgijskich Sił Powietrznych, a druga do włoskich Carabinieri. Zwłaszcza ten drugi śmiglak przypada nam do gustu. Robi niskie zawisy i ukłony w stronę publiczności wzbijając przy tym krople szalejącej pod nim morskiej wody. W powietrzu robi się wreszcie konkretny ruch. Z daleka słychać ryk odrzutowego silnika. Należy on do włoskiego AMX, który ratując trochę honor Włoskich Sił Powietrznych szarżuje po niebie! Pokaz naprawdę dobry, ale humory psuje nam myśl, że AMX niestety zastępuje tak oczekiwane Tornado czy Eurofightera, na którego mamy straszną chrapkę! Emocje mimo wszystko rosną.

Orus Team
Francesco Fornabaio

 

Carabinieri in Action!

AMX
Nad Lido di Ostia przylatuje Breitling Jet Team na swoich Albatrosach. Muszę przyznać, że robią tu wyjątkowe dobre wrażenie, znakomicie wpisując się w ten przybrzeżny klimat. Nie dość, że dynamicznie i równo latają, to jeszcze słoneczko pięknie gra na ich poszyciach i dymach. Końcowe rozejście z flarami dopełnia radości. Brawo, brawo!

 

 

Breitling Jet Team

Po Albatrosach „od zegarków” pora na odrobinę dopalacza. Dwa stałe elementy pokazów w Europie – belgijskie i holenderskie dema F-16 – to zawsze coś co warto przyfocić! Niby takie same samoloty, niby wszystko już zostało powiedziane, a jednak zawsze czymś zaskakują. Raz Holender nie pozostawia reszty, raz Belg spija piankę. Nasuwa mi się kolejne przemyślenie z gatunku: Jak to jest? Wydawałoby się, że piloci trenują konkretne układy figur wykonywane na tych samych reżimach pracy silnika, w tych samych przedziałach wysokości lotu i odległościach od publiczności. Wydawałoby się, że wszystkie figury wykonują niemal machinalnie. A jednak! Na sobotnich treningach Holender, można powiedzieć – nie istniał, a tu, teraz, na niedzielnym pokazie kapitalnie błyszczy! Breitling Jet Team nie raz dał nam na pokazach chwilę wytchnienia na przysłowiowe piwo i hot-doga, a dziś – cudownie lśni i zachwyca! Na czym to polega? Dlaczego jednego dnia przy tym samym pokazie nudzimy się okrutnie, a drugiego wariujemy ze szczęścia? Nie ma czasu na takie dywagacje bo powietrze rozdzierane jest rykiem dopalaczy oraz ogniem dziesiątek wystrzeliwanych flar.

 

Belgijska wersja "Mięsnego Jeża"?

 

W jednym momencie bodajże belgijski F-16 wystrzeliwuje wiązkę flar i po niej leci do dołu w locie odwróconym. Już w momencie fotografowania układ pozostawianych za flarami dymów wydał mi się znajomym. Patrzę w wyświetlacz na zdjęcie i jestem już prawie pewny! Dokładnie tak samo wygląda układ palców dłoni Boga na słynnym fresku „Stworzenie Adama” w Kaplicy Sykstyńskiej autorstwa Michała Anioła! Czyżby jakaś sugestia o boskim udziale w tworzeniu Vipera pod tym mistycznym, rzymskim nieboskłonem?

 

Czyż nie ma podobieństwa?

Przemyślenia dotyczące „Stworzenia Vipera” odchodzą na bok, gdyż na scenie naszego włoskiego teatru pojawia się wyjątkowy aktor, którym jest Airbus A320 Alitalii w towarzystwie znanych już Belga i Holendra. Pięknie wygląda ta formacja! Przelatują dwa razy równo i ciasno, by opuścić scenę przed nadlatującym gwoździem programu,  czyli zespołem Frecce Tricolori.

 

Alitalia pod międzynarodową eFową eskortą
Ostrzę sobie bardzo zęby na ten pokaz. W sezonie 2011 uważałem Frecce Tricolori za najlepszy europejski zespół akrobacyjny. Byłem zaskoczony tym, że w Radomiu Włosi zostali „pobici” przez Francuzów z Patrouille de France. Jak będzie tu? Na ich terenie? Co ciekawego nam pokażą? Zobaczymy za chwilę bo już lecą! Jak zawsze równo, jak zawsze nienagannie i jak zawsze trójkolorowo. Przeloty, zmiany układu formacji, piękne dymy. To wszystko składa się na magię ich pokazów! Jednak po chwili okazuje się, że mimo pięknej pogody i czystego nieba, Tricolori robią skrócony pokaz! Gdy wszyscy czekamy na „La Bombę”, oni szykują się do ostatniego przelotu z muzyką Bocelli’ego w tle! No to trochę słabo. Wielka szkoda. Rzeczywiście musi być coś u nich nie tak, skoro oszczędzają swojej własnej publiczności większej ilości pięknych doznań.

 

 

 

W tym czasie dostrzegam kilkanaście metrów od siebie – małego chłopczyka siedzącego na karku swojego ojca i bawiącego się modelem samolotu Tricolori, czyli Aermacchi MB-339. Myślę sobie, że byłoby pięknie, gdyby przy tym ostatnim przejściu zespołu, podczas którego solista wlatuje od dołu w dymy ciągnięte za resztą formacji, zastąpić samolot solisty jego modelem, trzymanym w ręku tegoż maluszka! Biegnę ile sił w nogach pomiędzy porozkładanymi leżakami i ręcznikami plażowymi i ustawiam się w linii Frecce – maluch z modelem i… czekam na ten właściwy moment! Lecą! Czekam aż maluch zacznie się bawić! Niestety tym razem moje fotograficzne szczęście ma klasyczne zacięcie ;) Chłopczyk na widok nalotu całego zespołu zamiera, zapominając o zabawie modelem!

 

Frecce Tricolori
No trudno. Wracam do naszej ekipy. W tym samym jednak czasie – niejako na osłodę – jesteśmy świadkami kapitalnego zjawiska! Tricolori zakryli niebo swoimi dymami, a przebijające się przez nie światło słoneczne stworzyło wyjątkowy klimat na plaży i otaczającej ją wodzie. Jest naprawdę pięknie i tak kolorowo.

 

Pięknie kolorowo!

Właśnie z kolorami będzie mi się kojarzyć Roma International Air Show. Zarówno z kolorami w powietrzu jak i na plaży. W kolorowych nastrojach prosto z rzymskiej plaży wsiedliśmy do samochodu, obierając jedynie słuszny kierunek – Polonia! :)

> Galeria Foto Roma International Airshow 2012

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna