Tekściwo

hesja Air-Art Photography

05 PAŹ 2009

AXALP 2009

Axalp 2009
dlaczego zowu?

Relacja Foto-Video z Axalp 2007

Dlaczego znowu Axalp? To pytanie przed wyjazdem słyszałem ze wszystkich stron. A to rodzina, a to znajomi, a to... ja sam. Dlaczego znowu tam jedziesz? Dlaczego ­znowu jedziesz na te same – jedne z najnudniejszych scenariuszowo pokazów lotniczych w Europie? Pokazów, których program z minimalnymi wyjątkami nie zmienił się od lat? Pokazów, na których zawsze dzieje się to samo? Przecież już to widziałeś, przeżyłeś, poczułeś? Byłeś tam i w śniegu i w deszczu i przy przepięknej pogodzie i przy pełnym zamgleniu? Będziesz się tam wspinał i męczył by zobaczyć... znowu to samo?
Na tak postawione pytanie za każdym razem odpowiadam pytaniem: a czemu Ty po raz kolejny kochasz się ze swoją dziewczyną? Przecież robiłeś to już tyle razy i w tylu różnych okolicznościach. Czy jest jeszcze coś, co może Cię w tym zaskoczyć? Nie zastanawiasz się, robisz to bo lubisz, kochasz, chcesz! Robisz to dla tej wspaniałej przyjemności.

Podobnie jest z Axalp. Z zewnątrz wydaje się to dość dziwne i niezrozumiałe, lecz gdy chociaż raz zasmakujesz w atmosferze tego zjawiska, będzie Cię tam ciągnąć zawsze. Zjawiska, bo przecież mówiąc Axalp nie myślimy o samej nazwie tej alpejskiej wioski. Zjawisko to dla każdego z nas – axalpowych świrów – ma inny wymiar i inną wartość. Dla jednych jest to wspaniała przyjacielska atmosfera panująca zarówno w hotelu, jak i wśród lotniczej braci już na alpejskich szczytach. Dla innych to potęga, piękno i wyjątkowość szwajcarskiego lotnictwa. Dla jeszcze innych to cudowne alpejskie widoki i możliwość sprawdzenia swoich sił podczas wyzwania jakim jest wspinaczka na szczyty. Dla wszystkich – to możliwość zrobienia wyjątkowych zdjęć lotniczych, niemożliwych do zrobienia przez zwykłego śmiertelnika gdzieś indziej. Dla mnie Axalp to połączenie tych wszystkich elementów.

W małym, gęsto „zaludnionym”, dusznym pokoju o godzinie 4.00 rozbrzmiewa „zła wiadomość”. To dźwięk budzika informującego o tym, że nastał czas pobudki. Nie jest dobrze. W głowie jeszcze szumi po wczorajszej nasiadówce, a tu trzeba się zwlec z pryczy. Na korytarzu krzątanina. Ludzie pogrążeni w totalnym bałaganie szykują się do wyprawy. Chwilę później – kroczę w ciemnościach nocy, przygięty do ziemi plecakiem pełnym sprzętu. Rozpoczyna się walka ze wszystkimi słabościami, a głównie z dobrze wyćwiczonym podczas roku – brakiem kondycji. Znam tę trasę na pamięć. Wiem gdzie są jakie skały, kamienie. Idę wpatrując się w jasne miejsce przede mną wyznaczone promieniem światła z czołówki. Co chwilę robię przerwy. Nie tylko po to by złapać oddech, ale głównie by nacieszyć serce niesamowitym klimatem jaki panuje wokół. Ciemną noc rozpromienia światło księżyca raz po raz przebijające się przez przerwy w chmurach. Jego blask delikatnie rozświetla okoliczne szczyty otaczające dolinę. Dolina kończy się, a przede mną wyrasta czarna ściana podejścia pod KP – centralnego szczytu pokazów i celu mojej wspinaczki. Końcowe podejście na KP jest najbardziej męczące, ale za to uwieńczone niesamowitą nagrodą, jaką są widoki rozpościerające się z tej wyjątkowej góry. Za mną, z tyłu, widać całą dolinę połyskującą setkami świateł czołówek innych lotniczych świrów brnących pod górę. Przede mną, w dole nad jeziorem, pięknie oświetlone Brienz  oraz zatłoczoną samochodami serpentynę do Axalp. Z boku, pod budynkiem wieży, w delikatnym świetle rozpoczynającego się świtu, krzątających się tych, którzy dotarli tu przede mną. Mimo totalnego zmęczenia i zalania potem nie mogę się powstrzymać. Wyciągam aparat i robię kilka zdjęć.

Jest środa 7 października godz. 8.30. Piękny słoneczny poranek, jak na alpejskie szczyty bardzo ciepły. Mimo że pokazy mają się rozpocząć o godzinie 14.00, z racji pięknej pogody i tragicznych wręcz prognoz na jutro, dziś na KP tłumy. Położenie KP umożliwia obserwację znajdującej się poniżej bazy w Meiringen, z której właśnie startują pierwsze dziś F-18. Podniecenie w narodzie rośnie. Ostatnie sprawdzenie sprzętu, czy wszystkie parametry są prawidłowo ustawione i czekamy. Po dziesięciu minutach na horyzoncie widzimy cztery punkciki, które zdają się błyskawicznie rosnąć, by po kilku sekundach przerodzić się w cudowne sylwetki Hornetów. Przelot całej czwórki z dużą prędkością robi ogromne wrażenie. Gdyby tylko wilgotność powietrza była troszkę większa, moglibyśmy obserwować niesamowite zjawiska na ich płatowcach. Nie ma jednak co narzekać. Nie ma odpowiedniej wilgotności, ale „za to” jest potwornie ostre słońce, które zdecydowanie przeszkadza. Postanawiam jednak wykorzystać jego działanie i wbiegam po schodach na taras pod wieżę. Fotki na kontrze mogą być w tej sytuacji oświetleniowej jedynym dobrym rozwiązaniem. Nawet minimalne oderwania strug i kondensacja pary podświetlone przez słoneczko wyglądają znakomicie. To już moje trzecie Axalp i szukam innych ujęć, bardziej wyszukanych. Udaje się! Jestem najbardziej zadowolony z dwóch pstryków: „Mijanki” nad szczytami i „Phoenixa”, bo tak nazwałem inne ujęcie, w którym para F-18 z pięknie podświetlonymi przez słońce na kontrze oderwaniami zdaje się mieć ogień na skrzydłach. Szczególnie maszyna znajdująca się w gorących strugach swojego poprzednika.

Rankiem na szczytach wokół Axalp odbywają się treningi do popołudniowego pokazu. Nigdy nie wiadomo co przyleci i to jest piękne. Wyczekujemy, jest wesoła atmosfera. Jemy, pijemy, śmiejemy się, rozmawiamy, poznajemy. Co chwilę robimy przerwę na focenie.

Tym razem 6 sztuk F-5 postanawia narobić trochę hałasu w okolicy i strzelają z działek we wszystkich możliwych kierunkach. Próbuję się bawić w panoramowanie ale przy tym słońcu niewiele wychodzi. Czekam na górze na ostatni nalot. Ostatnia nalatująca znad jeziora para strzela z innego typu amunicji, co daje się usłyszeć oraz zobaczyć. Po tych seriach na tarczach pojawiają się wyraźne rozbłyski ognia. Czaję się na ten moment, ponieważ  to dobra możliwość zrobienia zdjęć nalatujących na wprost maszyn – plujących ogniem z luf działek. Udaje mi się, ale sukces jest połowiczny bo „mam” ogień ale widziany troszkę z boku. Kolejny motyw do poprawki za rok :)

Po strzelaniu F-5-tek przylatuje solo F-18. Pokaz jest niezwykle dynamiczny, ale niestety brak odpowiedniej wilgotności nie daje możliwości uzyskania takich efektów jak w roku 2008.
Koniec treningów. Przenosimy się na sąsiadującą z KP górę o dźwięcznej nazwie Tschingel, z której jest szansa na trochę lepsze ujęcia. W związku z piękną pogodą i marnymi widokami na jutrzejszy pokaz – wszystkie trzy góry przeżywają istne oblężenie! Jest godzina 11.30, a my nie mamy gdzie się swobodnie rozłożyć. Szukam miejsca blisko szczytu Tschingel’a z dwóch powodów. Pierwszy wynika z używania przeze mnie obiektywu o ogniskowej 500mm, a co się z tym wiąże – z potrzebą bycia jak najdalej od samolotu, by zmieścić go całego w kadrze podczas przelotu.

Drugi powód jest taki, że im wyżej będę w stosunku do latających na pokazie maszyn – tym częściej będę miał w tle góry znajdujące się po drugiej stronie doliny a nie wypalone ostrym słońcem niebo. Do tego jeszcze ten Caugar i jego 128 flar. Jak go podejść by zrobić mu fotkę „od mordy”, jaką widziałem u mojego axalpowego znajomego z Hiszpanii Javiera Guerrero. Będzie trzeba zejść dużo niżej i podejść jak najdalej w prawo ale czy to wystarczy? Na razie odpoczywamy i spijamy szwajcarskie piwko. Jest kapitalna atmosfera. Na szczycie sporo Polaków. Co rusz widać zatknięte polskie flagi. Spotykam sporo znajomych, zarówno Polaków jak i obcokrajowców. Rozmawiam z Peterem Steehouwer’em, który też nie jest zadowolony z warunków pogodowych. To jego 10-te Axalp! Dumnie nosi flagę holenderską z datami swoich wypraw. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, bo to za sprawą jego zdjęć przyjechałem tu po raz pierwszy. Jest gorąco! Żar leje się z nieba podobnie jak tłum ludzi od strony kolejki linowej. Szykują się wspaniałe pokazy choć suche jak cholera – czyli fotograficznie to szału nie będzie – ale powalczymy :)

Jest 14.00. Rozpoczynają się pokazy, które jak już wcześniej pisałem nie odbiegają niczym od tych z lat poprzednich. Cała radość pokazów w Axalp to fotografowanie maszyn w różnych warunkach atmosferycznych. Dziś jest sucho i bez rewelacji. Postanawiam zatem skupić się na flarach Cougara i dużo wcześniej przed jego przylotem idę na z góry upatrzone miejsce sporo niżej i bardziej w prawo.
Przyleciał. Lata razem z Eurocopterem. Osoby będące tu po raz pierwszy będą zapewne zaskoczone. Przepiękny pióropusz flar tworzony jest niejako znienacka. Podczas gdy trwa pozorowana akcja ratunkowa z udziałem Eurocoptera widzę, że Cougar obiera charakterystyczny profil lotu. Schodzi w dół w dolinkę i przyjmuje kierunek lotu na przeciwległe skały. Na chwilę znika z pola widzenia, by po chwili pojawić się w punkcie zero. Gotowość 100% bo zaraz wyrwie w górę i w prawo, odpalając 128 flar. Jeszcze sekunda i Cougar rozpoczyna swoje coroczne show! Teraz! Niesamowite wręcz zjawisko! Seria flar i tysiące migawek na szczytach Axalp – w tym moja – uwieczniają ten moment! Rzut oka na wyświetlacz. Technicznie dobrze ale... to nie o to chodziło. Kolejny raz Cougar do poprawki w przyszłym roku. Ta zabawa to już chyba tradycja :)

Czwartkowy świt. Znowu brniemy pod górę. Niby sytuacja taka sama jak choćby wczoraj ale zupełnie inna. Prognozy na dziś są koszmarne. Najlepsza jaką udało nam się znaleźć to przelotne opady deszczu. Wszystkie inne są o wiele mniej optymistyczne. Trudno. Idziemy. Dziś w totalnych ciemnościach bez towarzystwa księżyca. Niebo zachmurzone i zaczyna padać deszcz. Coś mi mówi, że to właśnie dziś uda się zrobić ekstra zdjęcia. Podchodząc pod KP oglądam się do tyłu i... ciemno! Żadnych lampek współtowarzyszy. Czyżbyśmy dziś byli na górze sami? Czyżby dziś były odwołane loty, a my nic o tym nie wiemy? Tak to niestety wygląda. Gramolimy się na KP, a tam są już inne osoby. Trzy! :) No to pięknie. Weszliśmy sobie na 2500m n.p.m. po to tylko, by w tym deszczowym alpejskim klimacie zjeść śniadanko, napić się herbatki i zejść? Czekamy na rozwój wydarzeń. Humor nas nie opuszcza. Przylatujący śmigłowiec z obsługą wieży daje nadzieję. Godzina 8.30. Zaczyna padać coraz mocniej. Siedzę pod parasolem i piję „pigwówkę”. Jest wesoło i mokro jak cholera. Nagle od Meiringen daje się słyszeć bardzo miły dla ucha dźwięk. Startują! Każdy osłania sprzęt czym i jak może od deszczu i zaczynamy nierówną walkę z fotografowaniem w strugach wody. Nie jest dobrze. Samoloty latają wysoko, a tu nie ma jak podnieść w górę obiektywu. Próbujemy, choć większość przelotów po prostu tylko obserwujemy. Fajnie to wygląda. Na wszystkich trzech górach jest nas może 50 osób. Razem z obsługą :) Na takich pokazach jeszcze nie byłem. Cztery F-18 i sześć F-5 strzela z działek i robi pokaz dla... 50-tki prawdziwie ześwirowanych wariatów :) Z wieży pada hasło, że z powodu złych warunków dzisiejsze pokazy są odwołane, a nas uprasza się o bezpieczne zejście oznakowanymi szlakami bo pogoda ma się za chwilę jeszcze bardziej pogorszyć. No cóż. Bywa i tak. Powolutku, bez pośpiechu pakuję sprzęt. Rozmawiamy. Myśl o sfotografowaniu czegoś wyjątkowego mnie nie opuszcza. Nie widać jednak żadnych szans. Prawie wszyscy już zeszli. Zostało nas niewielu. Trochę przegrani próbujemy zejść naszą dolinką ale organizatorzy nas do niej nie wpuszczają. W głowie włącza się żarówka nadziei. Dlaczego nie możemy iść doliną? To niebezpieczne? Dlaczego? Przecież nie z powodu błota... Właśnie! Nasze przypuszczenia potwierdza kolejny człowiek z obsługi, który sugeruje, byśmy z pół godziny poczekali bo może coś się jeszcze będzie działo. Nie musi nas przekonywać :) Zostajemy. Niebo lekko się przeciera. Robi się trochę jaśniej. Zza chmur wyziera coś co w dalekim przybliżeniu może przypominać słońce. Po 20 minutach z dołu z Meiringen do naszych uszu dociera znana rozkosz... Startują! Błyskawicznie przygotowujemy sprzęt. Szkoda, że znowu się przyciemnia i zaczyna lekko kropić ale... ale jest mega wilgotność! Coś, o czym wczoraj można było tylko pomarzyć. Lecą Hornety! Pierwsze dwa idą bardzo nisko na prędkości bliskiej prędkości dźwięku!

Na naszej wysokości na ich płatowcach rozbudowują się dwa piękne stożki skondensowanej pary! Z moją 500-tką mogę sobie tylko popatrzeć. Cóż za obłędny widok. Ciekawe czy któryś z kolegów to sfotografował? Takiego czegoś jeszcze w życiu nie widziałem. Kolejne dwa od razu rozpoczynają atak. Co się dzieje na ich płatowcach to głowa mała!

Już w locie prostoliniowym powietrze i para wodna szaleją. Cóż dopiero podczas wykonywania manewrów. Palce lizać! Drzemy się do siebie wzajemnie ze szczęścia. Szaleństwo trwa. Latają nisko i ostro manewrują, a my próbujemy jak najwięcej ich kunsztu pozostawić na matrycach. Wygląda to tak, jakby piloci postanowili zrobić spektakl specjalnie i tylko dla nas – dla grupy najbardziej walniętych świrów lotniczych, którym nie straszne są warunki pogodowe i trudy wspinaczki. Do pełni szczęścia brakuje jedynie małego, malutkiego prześwitu w chmurach, by słońce podświetliło te oderwania. I tak jest cudownie. Koniec strzelania. Siedzimy na skałach i nie możemy się otrząsnąć :) Dla takich chwil się żyje! Yeeeah!

Odjeżdżając w piątek z Axalp postanawiamy na pożegnanie zawitać na chwilę do bazy w Meiringen. Okazuje się, że trwają normalne loty. W związku z powyższym chwila przedłuża się do kilku godzin :)  O bazie w Meiringen opowiadałem już wcześniej. Wszyscy wiemy, że jest wyjątkowa. Wiemy, że dwie drogi do wioski przecinają pas startowy, a ruch na nich jest zamykany za pomocą drewnianego szlabanu. Tym razem mamy okazję poznać bazę w Meiringen dokładniej. Okazuje się, że wszystko w niej jest wyjątkowe. Samochód zostawiamy na parkingu zaraz obok miejsca oznaczonego... sylwetką tygrysa! Tygrysek ten zapewne pilnuje miejsca parkingowego przeznaczonego dla pilota latającego F-18 z tygrysem na stateczniku. Co ciekawe, od tegoż miejsca na parkingu do wejścia głównego do budynku bazy biegną wymalowane ślady tygrysich łap :) Podążając w tym kierunku wchodzimy bez jakiejkolwiek kontroli do głównego budynku. Jest tu specjalna restauracja z tarasem widokowym dla spotterów :)

Z tarasu rozciąga się widok na całe lotnisko i można sobie elegancko popijać kawkę i focić startujące i lądujące maszyny. To jednak już znamy. W poszukiwaniu przygód ruszamy dalej. Przechodząc przez parking nie sposób jest nie zauważyć pozostawionych w specjalnie wydzielonym miejscu rowerów. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że każdy z nich ma rejestrację i datę produkcji wymalowaną na ramie. O tej dacie mówi nam pewien technik i wskazuje najciekawsze eksponaty z... 1945 roku :) Musimy jednak przerwać rozmowę z technikiem, bo do lądowania zaczynają podchodzić Hornety.

Każdy z nich po wylądowaniu kołuje do swojego schrono-hangaru. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że te schrono-hangary wykute są w... znajdującej się kilkaset metrów od lotniska górze! Pomiędzy rzeczoną górą a lotniskiem znajdują się łąki i lokalna droga. Schemat więc już znamy. Przy drodze stoi szlaban, który zatrzymuje lokalny ruch w momencie kołowania samolotów.

Tu widok jest równie ciekawy jak przy pasie startowym, a może nawet i ciekawszy. Samoloty kołują dosłownie na wyciągnięcie ręki a my mamy możliwość je focić obiektywami szerokokątnymi :) Mając nawyki z kraju, gdzie wszystko jest zabronione i zakazane troszkę obawiamy się stać tak blisko i fotografować. Nasze przemyślenia rozwiewa już pierwszy z pilotów, który miast kontynuować kołowanie, zatrzymuje samolot, kieruje go w naszą stronę (lekko pod kątem do kierunku kołowania) i robi małe show włączając światła do lądowania, składając skrzydła oraz wypuszczając sondę do tankowania w powietrzu :) Wooow!

Następnie kołuje pod górę, w której znajdują się schrono-hangary. U podnóża góry w lesie biegnie główna droga kołowania. Super wygląda taki wielki F-18 kołujący sobie ot tak, przez las betonką. Kołuje, wjeżdża do schrono-hangaru, zamykają się wrota.

Za nim grzecznie wszystkie pozostałe. Pilot wychodzi z hangaru, wsiada na rower z 1945 roku, sunie nim na parking, przesiada się do swojej Audi RS8, pisk opon i na obiadek do Helgi :) Top Gun się chowa :)

Skończyły się loty i nasz pobyt w Szwajcarii. Ona jak co roku żegnała nas swoimi przepięknymi widokami, a my próbowaliśmy skraść jej choć kilka pożegnalnych kadrów.

Do zobaczenia za rok! Przyjedziemy na pewno :)

Moja prezentacja filmowa Axalp 2009
 

Świry lotnicze na Axalp 2009

Galeria Foto Axalp 2009

Tło:

zamknij

© 2019 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna