Tekściwo

hesja Air-Art Photography

17 MAR 1983

Bobrujsk

ZSRR 1983

1983 ZSRR, Bobrujsk

Jakie to strasznie dawne czasy!!! 1983 rok! Siódma klasa podstawówki i... taaaaka atrakcja! Dla dzieci, które miały najwyższą średnią ocen w szkole, kuratorium przygotowało masę atrakcji! Jedną z nich był wyjazd za granicę. Wtedy to było ­coś! Nie tak jak teraz bierze się paszport i.... w drogę. Kolega pojechał do NRD a mi przypadła w udziale możliwość odwiedzenia Wielkiego Brata (nie mylić z reality show'em). Najpierw należało jednak wyrobić sobie dowód osobisty (jeszcze wtedy tymczasowy) by dać sobie weń wbić potężną pieczątkę upoważniającą do przekroczenia granicy każdego kraju z gatunku "Demoludów". Po tych formalnościach, w niedługim czasie nastąpił wyjazd.

Celem naszej wyprawy był obóz pionierski "Liesnaja Skazka" pod Bobrujskiem na Białorusi w ZSRR. Pojechaliśmy tam całą ekipą z Torunia z koła TPPR (dla niewtajemniczonych: Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej). Przejazd pociągiem był bardzo ciekawy. Najpierw na granicy (pierwszy raz przekraczanej przeze mnie granicy państwowej w życiu) zaszokowała nas ilość wartowników z psami i karabinami, potem zmiana podwozia w wagonach i.... krajobraz Białorusi. Od naszej granicy do samego Mińska same lasy, łąki, pola. Raz na 100 km jakieś samotnie stojące chaty i... znowu pola, lasy. To było niesamowite. Po dość długiej jeździe dotarliśmy do punktu docelowego. W pamięci bardzo utkwiło mi to, że przed jak i za autokarami z dziećmi (nami!) jechały radiowozy policji tj. milicji na sygnałach i każdy kierowca miał obowiązek zjechać nam z drogi!!! Nie myślcie, że na drogach był taki ruch, jaki jest u nas teraz. Samochodów osobowych (prywatnych) nie było prawie wcale :-) Jeździły tylko ciężarówki, wywrotki czy autokary z robotnikami.

Obóz był pięknie położony w sosnowym lesie i przepełniony był elementami uwielbiającymi ówczesną jak i byłą władzę ZSRR (Lenin itd.). Ale nie kłuło to w oczy (bynajmniej mnie) a wręcz przeciwnie bardzo pasowało do całego klimatu. Mieszkało się w domkach zaprojektowanych tak samo jak akademiki na Jelonkach w Warszawie (tam podobno mieszkali przecież radzieccy budowniczowie Pałacu Kultury i nauki). Było nas w jednej sali około 20!!! Pamiętam doskonale toalety, w których wstydliwe (to takie jak ja) osoby nie miały czego szukać. Po prostu: duże pomieszczenie, z lewej i z prawej strony szerokie deski z otworami do wiadomo jakich czynności. Jednocześnie potrzebę mogło realizować 20 osób! Niesamowite. Rosjanie potrafili tam się spotykać dużymi grupami i załatwiając się prowadzili ożywione dyskusje. Palili przy okazji papierosy składające się głównie z ustnika... Mocne jak cholera. Ja zakradałem się cichaczem do drewnianej, jednoosobowej budki dla nauczycieli (uchodziła ona za genialny luksus) skąd niejednokrotnie byłem przeganiany! Cały obóz usiany był takimi super zrobionymi wiatami, zwanymi "biesiadkami" i dokładnie właśnie biesiady się tam odbywały. Był wspaniały ośrodek sportowy i co tu dużo mówić, Rosjanie bili nas jak chcieli w sporcie. Warunki były iście spartańskie. Żarcie opierało się na mleku, kaszach, dżemach. Żeby nagrzać wodę na kąpiel, trzeba było samemu napalić pod kotłem i... samemu ściąć i porąbać drzewa z lasu! Dzień zaczynał się zaprawą, potem był apel, śniadanie itd. Robiliśmy dużo ciekawych rzeczy. Np. pracowaliśmy w kołchozie przy sianokosach. Nasza praca polegała na jeżdżeniu wierzchem na koniach, za którymi na gałęziach przewoziło się kupy siana na stóg. Między innymi odwiedziliśmy muzeum I Armii Wojska Polskiego pod Lenino (bardzo utkwiło mi w pamięci). Warunki panujące w obozie wywołały najpierw nasz szok i protesty, ale szybko do nich przywykliśmy i... zaczęło się nam podobać. Nie o warunki w naszym obozie chodziło najbardziej, bo i nie celem był tam luksus. Celem i to zrealizowanym celem, było nawiązanie wielu przyjaźni między dziećmi z różnych stron świata. Tak zapamiętałem ludzi stamtąd: wspaniali, otwarci, mili i przesympatyczni! Zarówno dzieci, jak i nauczyciele. Ale nie tylko w obozie! Zwykli ludzie na ulicach, na peronach też tacy byli. Wszędzie czuło się tą otwartość i niesamowitą serdeczność! Przykładem na to niech będzie fakt, że gdy wyjeżdżaliśmy z powrotem już do Polski i płakaliśmy machając jak szaleni z okien pociągu do naszych przyjaciół (Moskali), najzwyklejsi podróżni na peronie żegnali się z nami równie serdecznie i u niejednej osoby widać było łzy w oczach i słychać słowa otuchy.... Tak zapamiętałem Rosjan.... Jako wspaniałych ludzi.

Po obozie zaczęło się istne korespondencyjne szaleństwo! Miłości i znajomości zawarte podczas pobytu na Białorusi zaczęły nagle rozkwitać i płonąć nowym ogniem. Dziewczyny (i nie tylko) pisały masę listów, pięknym rosyjskim charakterem pisma! Rozprawialiśmy o wydarzeniach przeżytych wspólnie, o tym co u kogo się dzieje po powrocie i jak bardzo za sobą tęsknimy. Codziennie dostawałem po parę listów. Ach, żeby wtedy istniała poczta elektroniczna. Wszystkie listy z tamtego okresu do dziś skrzętnie przechowuję.

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna