Tekściwo

hesja Air-Art Photography

10 CZE 2001

Wielka wyprawa

EUROPA 2001

Wielka Wyprawa, Europa 2001

Przesłanki i okoliczności, które doprowadziły do tego, że dwóch facetów wsiadło do „wypasionego” Volvo S80 i ruszyło "Na podbój Europy", ­były dość zagmatwane i na chwilę obecną nieistotne :) Celem naszego wakacyjnego wyjazdu generalnie była Portugalia. Jako że fantazji nam nie brakowało, wpadliśmy na pomysł, by jadąc do Portugalii zahaczyć niejako o... południowe wybrzeże Europy :) To była niesamowita przygoda. Pozwólcie, że Wam o niej opowiem.


Wyświetl większą mapę

Start
Podniecenie sięgało zenitu, gdy wystartowaliśmy z Warszawy kierując się na południe. Lepszego samochodu do takiej podróży sobie nie wyobrażam. Przestronne wnętrze, wyposażone luksusowo między innymi w telefon, nawigację satelitarną czy zarządzający wszystkim komputer pokładowy. Pojemny bagażnik, który z łatwością pomieścił nasze niemałe bagaże. Duży (2,5 TDI) silnik przygrywający naszym oczekiwaniom swoim niepowtarzalnym gangiem. Słowem - marzenie. W dłoniach kamera, która, o czym wtedy nie wiedzieliśmy, miała nam spłatać jeszcze wiele smutnych figli oraz aparat fotograficzny, który po raz kolejny udowodnił wyższość sprzętu foto nad video. W zasadzie dwa aparaty: Nikon F80 i Olympus IS-200. Na twarzach uśmiech, a w oczach błysk. W takich nastrojach i z takim towarzystwem dojechaliśmy do pierwszego przystanku na naszej trasie, czyli do Katowic. Polecam wszystkim bardzo przyjemne miejsce; jakim jest restauracja Pan de Rossa, znajdująca się zaraz przy głównej trasie, w której, jak można się domyślać, zjedliśmy pyszną kolację. Następnie pożegnanie z krajem i... Czechy oraz Austria nocą. Nie czuliśmy zmęczenia i nawet nie zauważyliśmy naszego porannego wjazdu do Włoch.

Wenecja
Wenecja była pierwszym głównym postojem podczas naszej podróży. Po rozgoszczeniu się w hoteliku wyruszyliśmy na zwiedzanie tego pięknego miasta. Oczywiście tramwajem wodnym dotarliśmy do Placu Św. Marka. Było cholernie wesoło. Może dlatego, że nie trzeźwieliśmy :) Szczególnie wtedy, gdy we dwóch postanowiliśmy odbyć romantyczną przejażdżkę na gondoli. Przygód było co nie miara. A to podejrzliwe spojrzenia turystów na nas, czyli dwóch rozbawionych facetów płynących w gondoli z wieeeelkim sercem :D A to atak szalonego gołębia, któremu weneckie kanały, nie wiedzieć czemu, skojarzyły się z planem filmu Ptaki (zaatakował nas i dostał od Jerzego Gondola wiosłem). Z tego Jerzego też był ubaw... bo się nam gondolierzy skojarzyli z Jerzym Gondolem :) Generalnie rzecz ujmując było strasznie wesoło. A samo miasto? W Wenecji są piękne klimaty, wspaniałe knajpki, sklepy, w których można nabyć np. oryginalne maski wszelkich rozmiarów i kształtów. Jest to miasto przepełnione turystami i niestety w wielu miejscach dość widocznie zaniedbane. Inna sprawa, że warunki tam panujące są zdecydowanie ekstremalne dla wszelkich budynków. W Wenecji panuje też, a przynajmniej tak było podczas naszego pobytu, wszechogarniający zapach stęchlizny i wilgoci. Wiele zabytkowych często budynków chyli się ku upadkowi. Mimo to przygoda była genialna. Okazałe latarnie czy chociażby Chiesa della Salute dostojnie pozowały do zdjęć (jak to zwykły czynić od dziesiątek lat). Powrót do hotelu, nocleg i... nazajutrz rano niespodzianka przy płaceniu rachunku! Polecam uważać przy oglądaniu erotyków w hotelowej TV, a już przenigdy nie zasypiać podczas ich oglądania (hihi). Rachunek był konkretny :) Rankiem przejazd do kolejnego punktu naszej podróży, którym była Piza.

Piza
Ta wieża jest naprawdę krzywa!!! Zresztą nie tylko ona. Widzieliśmy i w Wenecji niejedną wieżę, która straciła już dawno poczucie pionu. Była piękna, słoneczna pogoda. Jako że jeszcze przed sezonem, to i nie było zbyt wielu turystów. Można było bezkarnie zwiedzać i grabić te wszystkie miejsca z ich pięknych kadrów. Nie żałowały nam tego. Pozwiedzaliśmy miasto, porobiliśmy zdjęcia (w tym charakterystyczne... z „ratowaniem” wieży). Głód posadził nas w uroczej knajpie, no i w czeluściach naszych żołądków spoczęło sporo niczego nie podejrzewających krewetek :) Mniam. Czas i przygoda nie pozwalały nam się tu zasiedzieć. Ruszyliśmy dalej w drogę, tym razem na północ w kierunku granicy francuskiej.

Monte Carlo
Wjechaliśmy do tego pięknie położonego i niesamowicie bogatego miasta zaraz po zawodach formuły 1 - Grand Prix Monaco. Niesamowite wprost ilości kolorowych korowodów kibiców Szumachera i spółki blokowały i tak wąskie uliczki we wszystkich stronach, a grube warstwy gumy na asfalcie dowodziły o chwilę temu zakończonym szaleństwie. Nie udało nam się niestety ani zaparkować, ani pozwiedzać miasta choćby z okien samochodu. Kilka zdjęć panoramy Monte Carlo z okolic Pałacu w Monako, i nie pozostało nam nic innego, jak wyskoczyć na autostradę w kierunku St. Tropez.

Staint - Tropez
Dojechaliśmy do tego słynnego, portowego miasteczka już dość późnym wieczorem i udało nam się znaleźć bardzo sympatyczny, choć jak wszystko w tych okolicach, dość drogi hotelik. Trochę dziwiły nas sporych rozmiarów jaszczurki biegające po podłogach i ścianach, ale po zapewnieniu właściciela, że nam w niczym nie zagrażają, nawet się do nich jakoś przyzwyczailiśmy. Kolejne zdziwienie ogarnęło nas podczas kolacji, gdy okazało się, że sporo dziewczyn z Polski dorabia sobie tam w knajpach w charakterze kelnerek. Jedna z nich nas obsługiwała i śmiechu było co nie miara gdy się okazało, że nie musimy łamać sobie języków przy zamawianiu. Na drugi dzień, zaraz z rana uderzyliśmy na plażę. Powitało nas dość silne słońce i jak się można było spodziewać po Lazurowym Wybrzeżu, piękny, lazurowy kolor morskiej wody. Nadszedł czas na pierwszą opaleniznę i pierwsze poparzenia słoneczne. Później spacerek po mieście w okolicy portu. Miasteczko ma od lat niesamowity klimat wolności, odpoczynku i przepychu. Wszędzie da się wyczuć przynajmniej dwa zapachy - morza i pieniędzy. Podziwialiśmy grających dosłownie wszędzie w kule (w kulki??), no i nie mogliśmy nie odwiedzić słynnej z filmów Luisa de Funesa żandarmerii. Po południu odpoczęliśmy przy naszym hotelowym baseniku, w którym była rewelacyjna woda. Objawom poczucia humoru i zwariowanm zabawom nie było końca :D A że znowu byliśmy tylko we dwóch, i sami, i spaliśmy w pokoju z jednym wielkim łóżkiem (!), nasuwało to obserwującym nas ludziom z obsługi hotelu pewne podejrzenia dotyczące naszej orientacji seksualnej (podobnie jak i w Wenecji na gondoli) :D Czas przystanku w St. Tropez dobiegł końca, przyszedł czas na kolejny etap naszej podróży.

Barcelona
Kierunek Hiszpania, a dokładniej Barcelona! Zanim tam jednak dotarliśmy, przejechaliśmy spory i piękny kawałek południowej Francji, która żegnała nas niesamowitym upałem w okolicach Montpelier. Było tak gorąco, że podczas postoju biegliśmy z samochodu do budynku restauracji, bo wolno iść się po prostu nie dało! Ile było śmiechu, gdy po przekroczeniu granicy hiszpańskiej, w radio rozległ się głos pewnej katalońskiej spikerki. Był to najlepszy dowód na to, że Barcelona jest tuż, tuż. Na zwiedzanie Barcelony niestety nie mieliśmy dużo czasu. W zasadzie tylko przejeżdżaliśmy przez to słynne miasto. Postanowiliśmy jednak zwiedzić jedno miejsce: „uliczkę, w którą wychodził Boniek” - hihi to żart oczywiście za „Entliczek pentliczek co zrobi Piechniczek”. Tak naprawdę to chcieliśmy chociaż z zewnątrz obejrzeć słynną katedrę Sagrada Familia. Nie było aż tak trudno do niej dotrzeć, chociaż angielski pytanych o drogę Hiszpanów pozostawiał wiele do życzenia. Ciekawostką był parking podziemny tak ciasny, że wychodziliśmy szyberdachem :) Samochody stojące na tym parkingu miały na błotnikach pozakładane takie specjalne poduszki, zapobiegające parkingowym przygodom z obtarciami. Wracajmy do katedry. Budynek robi olbrzymie wrażenie na wszystkich. Szczególnie na takich osobach jak ja, które widzą go po raz pierwszy. Jest po prostu niesamowity!!! Pozwoliłem sobie porobić kilka zdjęć, choć silne południowe słońce nie było w tej materii sprzymierzeńcem. Kompozycję rozwalały wszędobylskie dźwigi, które otaczały z zewsząd budynek. Mimo wszystko wrażenie niesamowite.

Costa del Sol
Było już po południu, gdy skierowaliśmy się na wspaniałą, spowitą rozmaitymi kwiatami autostradę, która wiodła nas najpiękniejszymi zakątkami wybrzeża hiszpańskiego prosto na południe. Rewelacyjne widoki, piękna pogoda, nieustające podniecenie przygodą, trwająca non stop zabawa, potężna prędkość naszego samochodu i prędkość z jaką zwiedzaliśmy co ciekawsze miejsca południowego wybrzeża naszego kontynentu, stworzyły razem niezapomniany nastrój. To ta adrenalina sprawiła, że bez odpoczynku dojechaliśmy na Costa del Sol, gdzie próbowaliśmy zdobyć jakieś miejsca do spania. Mimo okresu przedsezonowego okazało się to niemożliwe! Zdenerwowanie nie przeszkodziło jednak w zauważeniu piękna tych śpiących miejscowości. Południowa roślinność i klimat takich miasteczek jak Malaga, Marbella, których nazwy dotąd kojarzyły się z winami, zostanie mi na długo w pamięci. Pozostało nam zatem jechać dalej i dalej. Wschodzące słońce dopełniło jednak czary zmęczenia i zmusiło nas do parogodzinnej drzemki na...  stacji benzynowej kilkanaście kilometrów przed Gibraltarem. Widok na Gibraltar o tej porze był kapitalny! Wzgórze panujące nad miastem pławiło się w porannych promieniach słońca zapraszając nas do siebie.

Gibraltar
W Gibraltarze zacumowaliśmy w takim dość miłym hoteliku by się odświeżyć, podjeść co nieco i pozwiedzać.  Niesamowite miejsce. Świadek wielu historycznych wydarzeń. Wszystkim mocarstwom zawsze zależało na panowaniu nad tym geograficznym i strategicznym zakątkiem. Do tego tragedia gen. Sikorskiego, o której kiedyś się tyle czytało. Wyjątkowe jest też lotnisko. Pas startowy przecina normalna ulica, a tylko na czas startu samolotów opuszczane są szlabany. No i ta sceneria Gibraltaru! Z jednej strony góra, na której tle co chwilę przelatują samoloty. Zaraz obok port z dziesiątkami statków wycieczkowych. Za plecami cieśnina, na której ruch potężnych statków, wchodzących i wychodzących z Morza Śródziemnego, robi niesamowite wrażenie. W oddali, na horyzoncie, dla dopełnienia piękna scenerii, potężne skały Maroka. Cała okolica usiana palmami i cudowną roślinnością. Pikanterii dodaje fakt, że Gibraltar administracyjnie jest własnością Wielkiej Brytanii :) Ok. Przyszedł czas na ostatnią kąpiel w Morzu Śródziemnym połączoną ze slalomem między tankowcami :) No i startujemy dalej.

Portugalia
Kolejny etap podróży doprowadził nas do, jak się później okazało, pięknego i bardzo przyjaznego kraju, jakim na pewno jest Portugalia. Do Portugalii wjechaliśmy przez potężny wiszący most w Ayamonte, nad graniczną rzeką Guadiana. Słońce chyliło się ku zachodowi i rozlewało swoje tonące w odcieniach czerwieni światło. Pięknie podkreślało ono te cudowne portugalskie krajobrazy. Pierwszy szok. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej i zapytaliśmy jednej pracownicy ot tak, czy dobrze jedziemy do Lagos. Jakież było nasze zdziwienie, gdy piękną angielszczyzną wytłumaczyła nam wszystko, poopowiadała o Portugalii, dała mapę! Już w tym momencie dostaliśmy pierwszy z wielu dowód na to, jak bardzo różni się Portugalia od Hiszpanii i jak daleko jest tym krajom od stereotypu krajów bliźniaczych. Tak jak powiedział nam pewien Portugalczyk, to tak samo bliźniacze kraje jak Polska i Czechy :) No i niestety dało się też wyczuć, że mieszkańcy tych krajów nie darzą się jakąś straszną wzajemną sympatią.

Algarve (Lagos, Sagres)
Było już dość późno, gdy dotarliśmy do Lagos. Rozgościliśmy się w hotelu Golfino i wyruszyliśmy na dość wystawną kolacyjkę w centrum. Ciekawy klimat miało to miasteczko. Było pełne knajpek, tawern i oczywiście turystów. Wyraźnie dało się odczuć atmosferę wypoczynku i relaksu. Następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie cudownych wręcz widoków, jakimi może się poszczycić wybrzeże Algarve. Wszystkim odwiedzającym te rejony polecam punkt widokowy w Lagos (przecudne skały klifowego wybrzeża) oraz wybrzeże w Sagres. Tam kończy się Europa. Siedząc na wysokich skałach Sagres i patrząc w dal na bezkresny ocean, bratałem się duchowo z naszymi przodkami, którzy w XV wieku, pewnie też siedząc w tym samym miejscu, zastanawiali się co tam jest, tam dalej? Czy aby na pewno tylko potwory, smoki, węże wodne i... się spada w otchłań? Nic dziwnego, że wielu Portugalczyków zapisało się w historii wielkich odkryć. Zakochaliśmy się w Portugalii od pierwszego z nią kontaktu i nasza miłość, wraz z bliższym poznawaniem tego pięknego kraju, rosła. Pobyt na południu przebiegł bardzo szybko i intensywnie. Nadszedł czas drogi na północ. Kierunek Porto. Po drodze przejechaliśmy przez Lizbonę i Most Vasco da Gama – najdłuższy most w Europie.

Porto
Po paru godzinach jazdy znaleźliśmy się w Porto. Miasto swoim klimatem i architekturą niesamowicie przypominało miasteczka robotnicze z końca XIX wieku. Kamieniczki obwieszone suszącą się bielizną, uliczki brukiem kryte, sklepy, stragany, łodzie z beczkami słynnego wina. Do tego kolorytu należy dodać jego niesamowite położenie. Porto jest jak gdyby rozlane na wzgórzach z rzeką Douro biegnącą w dole, pośrodku. A skoro są wzgórza i pomiędzy nimi biegnąca rzeka, to aż prosi się o mosty, łączące oba jej brzegi. Tych w Porto nie brakuje. Większość z nich to mosty dwupoziomowe. Wśród nich króluje żelazny most skonstruowany przez ojca francuskiej wieży, pana Eiffla. Konstrukcja kratownicowa, bardzo podobna do tej francuskiej. Rewelacyjnie wpisuje się w klimat miasta. Spacer po nim to zadanie dla osób o mocnych nerwach. Przejeżdżające samochody powodują dość silne drgania. Nie wspomnę już o autobusach :) Most znajduje się w samym centrum starego miasta, gdzie aż roi się od knajpek z przepyszną kuchnią portugalską. Widać go z każdego miejsca, nawet zajadając w knajpie mój ulubiony stek po portugalsku. Uliczki są wypełnione turystami, no chyba że jest mecz w piłkę nożną. Wtedy miasto wygląda jak po wybuchu bomby neutronowej. Pozostając w temacie piłki nożnej należy dodać, że wiadomość o tym, iż jesteśmy z Polski od razu budziła pełny szacunek. Kiedyś hen dawno temu, w FC Porto bodajże, grał nasz bramkarz Józef Młynarczyk. Pięknie rozsławił Polskę i Polaków.

Hotel w Porto
Nasz hotel położony był ok. 15 km od centrum. Mimo swoich 5-ciu gwiazdek i wyjątkowego luksusu, cenowo kształtował się poniżej "trzygwiazdkowców" z Francji. Hotel znajdował się tuż przy brzegu oceanu. Brzeg też piękny, lecz nie tak widowiskowy jak na Algarve. Nie znałem jednej właściwości tutejszego brzegu i pewnego dnia było mi dane dość boleśnie ją poznać. Poszedłem się poopalać błogo na ręczniczku, jakieś 15 metrów od miejsca, gdzie rozbijały się fale. Było upalnie, a ja zmęczony „po nocy”, więc padłem. Spałem tam rozgrzany jak gorące mięcho na patelni. Trwało to może jakąś godzinkę, więc swąd palącej się skóry musiał zalać okolicę, gdy nagle zerwałem się ze snu na równe nogi, zlany falą zimnej wody! Zanim zorientowałem się, co się stało i dlaczego woda wokół mnie tak syczy, minęła niezła chwila :) Nie wiedziałem o tak dużych przypływach w tej okolicy. Woda podeszła naprawdę wysoko.



Pobyt w Porto to niesamowite przeżycie. Każdy metr tego miasta fascynował i zaskakiwał. Na przemian bogactwo i robotnicza bieda. Aparat grzał mi się w dłoni podczas codziennych wypadów, a żołądek rozkoszował się portugalską kuchnią w uroczych portowych tawernach. Mieliśmy na Porto tydzień czasu, a to pozwoliło zaledwie liznąć jego atmosfery...

Powrót do Polski
Powrót do kraju był raczej ekspresowy. Wyjechaliśmy z Porto o 2 w nocy z piątku na sobotę, a już w niedzielę rano byliśmy w Polsce! Wracaliśmy przez kraj Basków (zwanych przez nas Tabaskami), gdzie dziwiły nas dwujęzyczne napisy na znakach drogowych i to, że się dziwnie na nas w knajpie patrzyli, jak chcieliśmy zamówić tabasko :D Następnie przez Francję (Paryż) i Niemcy. W Niemczech z podnieceniem wykorzystywaliśmy zalety nawigacji satelitarnej, która tylko tam działała w pełni, oraz rozkoszowaliśmy się niesamowitą siecią darmowych autostrad.
Miło jednak było, po tej wielonarodowej mieszance, ujrzeć w końcu twarze rodaków...

Portugalia? POLECAM BARDZO!!!

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna