Tekściwo

hesja Air-Art Photography

17 LIP 1993

Reggio di Calabria

ITALIA 1993

1993 Włochy, Reggio di Calabria

Po obronie Pracy Magisterskiej byłem w takim matriksie, że nie miałem żadnej koncepcji na wakacje. Do tego moja ówczesna Pani w­yjechała jak zwykle do dalekiej Italii a ja nienawidziłem (nie wiedzieć czemu) Włochów i wszystkiego, co tylko kojarzy się z tym krajem. Nie wiem jak to się stało ale chyba, gdy zabrakło nauki (po obronie), głód uczenia się sprawił, że zacząłem na własną rękę, w tajemnicy przed wszystkimi uczyć się włoskiego (!!!). Po krótkim czasie zapadła decyzja: "Jadę do Włoch odwiedzić moje szczęście na tak długo na ile starczy urlopu i pieniędzy!". Moja decyzja zaskoczyła wszystkich, mnie też. Ale klamka zapadła.

Pierwszym etapem podróży był przejazd autokarem do Rzymu. Jechało się bardzo sympatycznie i w krótkim czasie znalazłem się na miejscu. Podczas jazdy zafascynowany byłem widokami i niekończącą się serią tuneli i mostów następujących jeden po drugim podczas przeprawy przez Alpy. Rzym. Do odjazdu pociągu na południe do samego Reggio di Calabria miałem ładnych parę godzin. Postanowiłem więc, na ile to było możliwe, pozwiedzać owe Święte Miasto. Jakie na mnie zrobiło wrażenie? Bardzo różne. Przede wszystkim wspaniałe zabytki. Mało jest tak fantastycznych odczuć, jakie miałem zwiedzając Coloseum czy Forum Romanum. Człowiek czuje na całym ciele oddech historii. Odbiera ją wszystkimi zmysłami. Przed oczyma stają sytuacje, opowieści, wydarzenia znane jedynie ze szkoły. Wrażenie zmaterializowania się wydarzeń i stanów z przeszłości powodowało dreszczyk emocji na mojej skórze i nie tylko. Ale Rzym to też strasznie zaśmiecone i brudne miasto spowite plagą wszędobylskich skuterowiczów i hałaśliwych, strasznie gadatliwych ludzi. Generalnie jednak bardzo mi się podobało! Jeszcze tylko wizyta na Hiszpańskich Schodach, pod Fontanną de Trewi (nie wiem jak to się dokładnie pisze) i... InterCiti do Kalabrii przez Neapol oczywiście.

Cała noc jazdy zakończona przyjazdem na miejsce. Mimo panującego jeszcze świtu wyczuwało się wspaniały klimat tamtych okolic znanych głównie z biedy i mafii. Wyróżniałem się tam budową. Chwilami czułem się jak Guliwer otoczony brygadą niewyrośniętych, czarnowłosych ludków. W Reggio spędziłem bardzo dużo czasu. Poznawałem okolicę, język i ludzi tam mieszkających. Ich trochę odmienne od naszego tempo życia i zwyczaje. Dużo się opalałem. Czas spędzałem albo samotnie albo z przyjaciółmi. A byli to ludzie z różnych ugrupowań. Niektórzy to normalni studenci, inni zaś tacy, przed którymi ludzie stojący w kolejce do dyskoteki rozstępowali się na boki a mało brakowało kłanialiby się! :-)))) Nie przeszkadzało mi to wcale. Przynajmniej konsumpcję miałem for free! Generalnie było bardzo imprezowo i wesoło. W tamtych okolicach mało było turystów a głównie Italiańcy więc wszystko kisiło się w ich własnym sosie. Masa dyskotek, wszystkie na świeżym powietrzu i znakomita muzyka! Przepyszne pizze i makarony. Dobre piwo. Rozrywka była organizowana w wielkich ośrodkach, na które składały się plaże, baseny, restauracje, dyskoteki, koncerty, kina... Wszystko to ogrodzone, spowite wspaniałą śródziemnomorską roślinnością z przepięknym widokiem na Cieśninę Messyńską. Wystarczyło tylko kupić karnet na dzień/tydzień/miesiąc i można było spędzać od rana do wieczora czas wspaniale odpoczywając czy bawiąc się. Zwiedziłem również całą okolicę. Polecam wszystkim malutką letniskową miejscowość: Scillę, na której skałach szczycie posępnie królowały ruiny starej twierdzy. No i oczywiście góry!. Kapitalnie było podczas dnia pochodzić po górach by wieczorkiem przekąpać się w pięknym morzu. Bardzo dobrze pamiętam i wspominam naszą wycieczkę w góry, gdy z naszymi przyjaciółmi zwiedzaliśmy dzikie jaskinie wypełnione po brzegi nietoperzami (i ich odchodami). Temperatura wody w cieśninie wcale nie była rewelacyjna, ale... dokładnie taka, jaką ja lubię! (nie za ciepła). I znowu wspaniałe plaże, ale... tylko w miejscach zorganizowanych. Wszędzie indziej plaże pełne były żelbetonu, śmieci, butelek i drobinek mazutu. Położyć się gdziekolwiek na dziko nie było zbyt miłe. Ciekawe było podejście Kalabryjczyków do jazdy samochodami. Nie było chyba przepisów, których by nie łamali więc i nie ma się co dziwić, że i wypadków była cała masa. miałem przyjemność pojeździć sobie Citroenem 2CV. Pełen odlot! :-) Niestety też wakacje owe wspominam jako chwile mojej walki z migdałami, które tak mi wtedy dały w kość, że zaraz po powrocie byłem zmuszony udać się na operację. Ale wracałem do Rzymu tym razem w dzień i mogłem, mimo choroby, podziwiać wspaniałe, roztaczające się dookoła widoki. Sama podróż takim pociągiem pełnym Włochów miała również znamiona pewnej egzotyki. Byłem pilnym obserwatorem i... dużo się o nich nauczyłem.

Nie była natomiast przyjemna podróż Rzym-Warszawa. Autokar od samego Rzymu przepełniony był pijaną bandą Polaków przemycających do Polski rozmaite towary a eksportujących niestety brak kultury, chamstwo... Było mi wstyd jak cholera, gdy jechałem w tym rozwrzeszczanym pojeździe, którego stan techniczny był po prostu tragiczny. Towarzystwo się popiło, porzygało a autokar stawał 3 razy z powodu pęknięcia opon. Do Polski dojechaliśmy z jednodniowym (!!!) opóźnieniem. To była najgorsza jazda autokarem w moim życiu. Całą wyprawę wspominam bardzo ciepło. Dużo mi dała. Poznałem inną kulturę, inną mentalność, tak różną od naszej, polskiej. Najlepszym dowodem na to, że Włochy mnie urzekły niech będzie fakt, że od wtedy po dziś dzień ten kraj i jego mieszkańcy zajmują w mojej świadomości bardzo wysoką pozycję.

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna