Tekściwo

hesja Air-Art Photography

31 SIE 2000

Moja (?) Dieta

Moja (?) Dieta

napisane 31 sierpnia 2000
dopisano 16 maja 2014 parę drobiazgów na końcu :)
­

RYS HISTORYCZNY
Od dawien dawna wszelkiego typu środki masowego oddziaływania i nie tylko zasypują nas masą najróżniejszych diet, które to zdziałają cuda z naszy­m organizmem a przede wszystkim skupią się na walce z naszym kochanym, od wczesnego dzieciństwa hodowanym, tłuszczykiem! Na czym one polegają? Albo prawie na niejedzeniu, albo na jedzeniu wyłącznie niektórych, wyselekcjonowanych produktów, albo na kosmicznych kombinacjach wielu metod, które wcześniej czy później sprowadzają się do totalnej ascezy bądź niesłychanych wyrzeczeń i katastrofy w tak pięknym obszarze działań, jakim jest nasze kochane jedzonko! No i co w takiej sytuacji ma zrobić ktoś taki jak ja? Czyli ktoś, kto kocha jeść nie tylko wszystko ale i bardzo, bardzo dużo??? Hm... Nic tylko albo na potęgę tyć albo umartwiać się i płakać nad każdym żarciem, którego NIE WOLNO ruszać!

Moja przygoda z odżywianiem się (czyli rozsądnym jedzeniem) rozpoczęła się w 1999 roku kiedy to udałem się na wizyt­ę do irydologa. Człowiek zainstalował mi na oku pewne ustrojstwo a następnie wyczytał zeń co mi wolno jeść a czego nie! Wróciwszy do domu z caaałą listą (Schindlera) zakazanych dań oraz reklamówką ziółek, które miały uczynić me życie wspanialszym, zacząłem się zastanawiać nad sensem tych poczynań i... rozpocząłem tzw. drążenie tematu. Dorwałem kilka ciekawych książek dotyczących działania i "obsług" naszego organizmu ze szczególnym zwróceniem uwagi na pracę żołądka i jelit! To co tam wyczytałem było dla mnie prawdziwą sensacją i... totalnym zwrotem mojego myślenia na temat mojego dotychczasowego sposobu żarcia (bo przecież nie odżywiania się) jak również wszelkich diet, dietek i innych tego typu czarów!

Wg tych opisów stworzyłem sobie, na swoje potrzeby oczywiście, własny sposób na odżywianie się i zacząłem go dość rygorystycznie przestrzegać. Do tego dołożywszy odrobinę regularnie wykonywanych ćwiczeń fizycznych dopracowałem się, wg mojej oceny, całkiem rewelacyjnego efektu! Bez odmawiania sobie żadnego jedzenia, bez tortur i ascezy, non-stop z dobrym samopoczuciem, zrzuciłem w trzy tygodnie 12kg!!! To nic, że trzeba było kupić nowe ciuchy bo w tych sprzed miesiąca wyglądałem jak w workach. Ważne było to, że mój organizm odżył! Nie dość że schudłem do swojej "przepisowej" wagi (nie dalej!), to jeszcze wyleczyłem wszystkie drobne dolegliwości czego dowodem były idealne wyniki badań okresowych!

Następnie postanowiłem "przetestować" metodę na moich kolegach z pracy, którym narastające w środkowych partiach ciała "oponki", powoli nakazywały użycia luster do codziennego upewniania się co do swojej płci ;)

Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania. Efekt dojścia do właściwej wagi ani razu nie trwał dłużej niż miesiąc! Z reguły po trzech tygodniach następował rytualny już wprost, zakup nowych par spodni! Do dnia dzisiejszego nie natrafiłem na swojej drodze na przypadek, by na kogoś ten sposób odżywiania nie zadziałał korzystnie. I to wcale nie jest dziwne ponieważ w tym sposobie nie ma żadnej magii czy wziętych z sufitu pomysłów, lecz tylko i aż fizjologiczne aspekty pracy żołądka i jelit, które pracują tak samo zarówno u osób szczupłych jak i tych szczupłych inaczej! Dlatego nie nazwałbym tej dietki jako diety odchudzającej czy czymś w tym rodzaju, ale po prostu zdrowym, rozsądnym odżywianiem się, które polecam wszystkim, chcącym długo cieszyć się zdrowiem!! (na marginesie dodam, że od ponad dwóch lat nie zastosowałem na swoim organizmie żadnej tabletki!). I jeszcze jedno! To nie jest żadna "moja" metoda. Jest to kompilacja potocznie znanych (choć jak widać dookoła, potocznie nie znanych, bądź jedynie nie stosowanych!) zasad zdrowego, naturalnego odżywiania się, które pozwoliłem sobie zebrać do (sorry) kupy i tu je przedstawić!

ORGANIZM - MECHANIZM
W naszych rozważaniach trzeba przyjąć, że nasz organizm to nic innego jak niesamowicie skomplikowany i sprawny w swoim działaniu mechanizm. Mechanizm jak to mechanizm rządzi się pewnymi własnymi prawami działania, których nie można w żaden sposób obejść. Jeżeli już nam się to uda (obejście), to na krótka metę i konsekwencje tego działania wcześniej czy później w takiej czy innej formie ujrzą światło dzienne. Jak często się słyszy: "taki był zdrowy i nie pił i nie palił a... ma raka! (czy coś równie zaskakującego!)". Jedną z zasad działania każdego mechanizmu (za wyjątkiem może Perpetuum Mobile, którego jeszcze nie wynaleziono, niestety) jest dostarczanie doń energii. Najczęściej w postaci półśrodków do jej wytworzenia już wewnątrz mechanizmu, które to półśrodki, co jest szalenie istotne, muszą być dostarczone w odpowiedniej formie, postaci i dawkach! My do życia potrzebujemy między innymi przyjmować (jeść, pić) odpowiednie składniki, które następnie zostaną przetworzone czy to na budulec czy energię właśnie. Porównajmy nasz organizm (mechanizm) z mechanizmem działania samochodu. On też by jeździć potrzebuje pić... dużo pić (i drogo!). Spróbujmy zatem nalać do baku nie odpowiednio spreparowane paliwo, ale... hm... np. to co akurat mamy pod ręką, coś tańszego, bardziej dostępnego... powiedzmy np. wodę z kałuży (dziś dużo takowej). Co się wydarzy za chwilę??? Możemy sobie wyobrazić!

Dzięki geniuszowi ludzkiego organizmu, do naszego, wewnętrznego baku możemy wlewać i wkładać często składniki równie przydatne naszemu organizmowi jak przytoczona deszczówka silnikowi naszego samochodu! Czy nasz organizm też nie będzie działał? Co ciekawe i fascynujące... będzie! Wyciągnie sobie z tej "deszczówki" co mu się może przydać a resztę wydali. Yyyy tj. postara się wydalić i większości mu się to uda lecz... nie do końca. Niektóre elementy, te najbardziej wytrwałe i chamskie, pozostaną w nas (najczęściej w jelitach) w formie odkładających się tu i ówdzie toksyn! Toksyn, czyli zalążków wszelkiego rodzaju nieprawidłowości pracy naszego kochanego mechanizmu. Od nich między innymi rozpoczynają się np. dziwne odkładania się tkanki tłuszczowej, nieżyty, nowotwory czyli upraszczając, problemy! A że generalnie chcemy żyć bez problemów, więc? Żyjmy tak, by odkładać jak najmniej toksyn! Czyli? Stosujmy do naszego mechanizmu jak najlepsze, najbardziej przyswajalne przezeń paliwo! Jedzmy tak, jak chce nasz układ pokarmowy ;)) Czyli co? Czyli jak? A właśnie...  ;)))

CO JEŚĆ?  A MOŻE SIĘ GŁODZIĆ?
Ano WSZYSTKO! Nasz organizm potrzebuje wszystkich składników! Jednych mniej innych bardziej. Wszystko zgodnie z zapewne znanym trójkątem żywienia. Musimy jeść i mięsa, i warzywa, i pieczywo... Jednym słowem wszystko, by zadowolić każdą nawet najmniejszą komórkę naszego ciała. Czy można się głodzić? Po co? Pomyślcie ile energii potrzebuje Wasz organizm na wszystkie procesy związane z egzystencją! Sam mózg to potężny piec, który spala masę kalorii! Jeżeli chcecie żyć zdrowo, dajcie sercu, płucom, mózgowi i całej reszcie ekipy dużo energii a wtedy będziecie prawidłowo funkcjonować! Głodówka jedynie sprawi, że nie będziecie szczuplejsi i zdrowi, tylko szczuplejsi bo... schorowani! Bo nie wszystko będzie pracować jak należy! Jak skończycie się głodzić to i tak wrócicie do normy (hihi) to po co? Hm...? Jedynie słuszną i wytłumaczalną dla mnie formą głodówki jest ta, mająca na celu pozbycie się toksyn, oczyszczenie! Ale owa trwa około 28 dni i musi być nadzorowana przez lekarzy, którzy będą Wam serwować specjalne płyny i... obserwować Wasz stan. Nie polecam dokładnych obserwacji w ostatnim tygodniu tego oczyszczania, kiedy to cały syfek zaczyna "schodzić" z jelit... Łeeee ;)) Powodzenia!

JAK JEŚĆ?
I tu zaczyna się najlepsza zabawa. Skoro nasz organizm potrzebuje wszystkich składników to czy nie można by było zrobić w mikserze po prostu jednej wielkiej pappki i codziennie odpowiednie jej dawki pochłaniać? Miłośnicy doszukiwania się rozkoszy smaku zapewne oburzą się na taką propozycję! Przyłączam się do protestu i mówię zdecydowane NIE! Nie tylko z racji totalnego zniesmaczenia ale też i przez wzgląd na mój żołądek, który niestety/stety nie ma prawa głosu i którego w tej sprawie muszę być rzecznikiem, przez wzgląd oczywiście na nadzieję dłuuugiej współpracy! A zatem skomponujmy sobie obiad (bez użycia miksera!)

Na początek zupa! Najlepiej ogórkowa zabielana a do niej kilka kawałków pysznego białego pszennego pieczywka. Następnie drugie danie a tu? Spory kawałek panierowanego schabowego, ziemniaczki i kapusta. Teraz popijmy to ulubionym babci kompotem lub w przypadku braku, szklaneczką Coca Coli. Po zjedzeniu i popiciu przychodzi pora na deserek owocowy z odrobinką bitej śmietany lub kawałek ciasta (babcia ma na ową okazję przygotowane coś ekstra ;) Smaczne? Bardzo!!! Aż to pisząc pociekła mi na klawiaturę ślinka! miodzio :)))

Ale?? No właśnie. Nie zdając sobie z tego sprawy, kończąc nasz w końcu prawie tradycyjny, polski obiadzik, daliśmy naszemu przyjacielowi żołądkowi, naprawdę masę roboty!!! Biedny! Nie zdążył się dobrze zająć trawieniem zupy a już został zbombardowany kawałkami najgorszego dlań pieczywa, z którym i tak sobie nie da rady bo nie ma do chleba właśnie odpowiednich sterowników (enzymów) jedyne co może zrobić to zapchać się nim po brzegi zanim wypchnie je prawie wcale nie strawione dalej! Zarzucony chlebem dostaje robotę w formie mięsa, która zajmie mu około 3,5 godziny (o ile się do niego dopcha oczywiście!). Wpadające kawałki ziemniaków niestety będą musiały poczekać bo... nie ma takiej możliwości by trawić je razem do spółki z mięsem! Mięso, to około 3 godziny. Następnie 3 godzinki na ziemniaki, ale... one już od dawna są przywalone sporą dawką owoców, które od samego początku sobie hen na górze w kolejce raźnie butwieją i gniją wydzielając masy przeróżnych gazów, z którymi też się trzeba uporać! Czy uda się mimo wszystko, to wszystko strawić? Może i tak ale niestety spora część produktów "przygotowanych" do trawienia została już "spłukana" w dalsze, jeszcze mniej przyjemne okolice, za sprawą kompociku babuni, który owszem, pomógł przełknąć te megailości żarcia przez jamę gębową, ale też i wypchnął oczekujące na trawienie elementy z żołądka! Nie zostały one strawione tam gdzie trzeba i najprawdopodobniej w większości zostaną ot wydalone, ale w części... poukładają się na ściankach biednych jelit w formie toksyn... Czy żołądek już ma wolne?? Skończył z mięsem, tj. z taką ilością jaką mu się udało! Teraz walka z ziemniakami (3 godz.) potem to co zostało z totalnie już przegniłych owoców (smacznego!). Atmosferę podgrzewają na dodatek gazy wynikające z trawienia pokarmu, gazy wynikające z procesu gnicia owoców i... gaz z Coca Coli oczywiście! Co zrobić z tym gazem?? hm... Na koniec ciasto... sam cukier... masa cukru!!!
Wszystko razem około 8-9 godzin! Czy w tym czasie nie zarzucimy go jeszcze jakąś kolacyjką równie sympatycznie skomponowaną np. z kanapek z wędlinką? Kolejnych parę ładnych godzin... Uffff... Cieszmy się, że żołądek nie potrafi mówić! Chociaż, jego mową są dolegliwości, które wcześniej czy później nas sięgną niestety... Ale wtedy, jak każdy rasowy Polak, będziemy już tylko mądrzy po szkodzie!

OGÓLNE ZASADY ZDROWEGO JEDZENIA
Analizując ową burzę, która jeszcze przed chwilą rozbrzmiewała w czeluściach naszych jelit i żołądka, można wyciągnąć sporo wniosków i poszerzyć je o wiedzę z innych kataklizmów, które w naszym wnętrzu zachodzą, tj. mogą zajść przy sporej dawce bezmyślności! Zastanówcie się jednak, zanim przeczytacie następne fragmenty moich wywodów bo po ich przeczytaniu, a tu prawda jest zaiste, już nic w Waszym jedzeniu nie będzie takie samo! Albo zastosujecie się do moich porad i zaczniecie zdrowo żyć, albo się nie zastosujecie i... zawsze, przy jedzeniu schabowego z ziemniaczkami będziecie mieli wyrzuty, że robicie sobie krzywdę! Hm... Nie ma zmartwienia! Jestem miłośnikiem dobrego żarcia i... podam Wam parę sposobów, jak zrobić wszystko żeby i wilk i owca miały się dobrze, a nawet bardzo dobrze!!!

  • Wysokoskrobiowe produkty zbożowe (chleb, makarony, kasze, ryż kukurydza, ziemniaki) można łączyć jedynie z surowymi lub gotowanymi warzywami (może jedynie za wyjątkiem strąkowych-grochu, fasoli). Natomiast nie wolno z takimi produktami jak mięsa, jajka, sery, ryby, owoce.
  • Mięsa, jajka, sery, ryby można łączyć również jedynie z surowymi lub gotowanymi warzywami (sałatki mile widziane).
  • Warzywa są zawsze zdrowe! Można je łączyć ze wszystkimi produktami!
  • Słodycze, jeżeli nie można bez nich żyć to jeść same (nie jako deser) najlepiej na pusty żołądek i nie przed innym jedzeniem
  • Uważajcie na cukier! To Wasz wróg nr 1. Jedzcie jak NAJMNIEJ owoców (jak już to na pusty żołądek) i pijcie jak NAJMNIEJ soków owocowych! Zapomnijcie o słodzeniu kawy czy herbaty! 1 łyżeczka cukru to duża bułka z masłem!
  • No i na sól... Po prostu nie wolno z nią przesadzać
  • Nie pić podczas przyjmowania posiłków! Najmniej godzinę przed lub godziną po jedzeniu!
  • Wstawać od stołu z lekkim uczuciem niedosytu! Nie przejadać się...
  • Jeść powoli i dokładnie wszystko gryźć. Szczególnie długo mielić w buzi pieczywo, które jest trawione jedynie przez ptialinę (w ślinie)
  • Tłuszcz zwierzęcy, smalec, łój i takie tam głupotki... zapomnijcie o tym najlepiej!!!
  • Surowe lepsze od gotowanego, gotowane lepsze od grilowanego, grilowane lepsze od smażonego!
  • 50-tka czystej lepsza niż kufelek piwa! Ale i tak zła...
  • Pijcie dużo wody mineralnej ale nie gazowanej! Szczególnie rano po pobudce (najlepiej dwie godzinki przed posiłkiem), następnie około 2 godzin po posiłku i wieczorem przed snem (dla oczyszczenia żołądka z "brudów"). Nie więcej niż 1,5 litra dziennie!
  • Jeżeli macie więcej niż 22 lata to ograniczcie nadmierne picie mleka (kości już macie zbudowane)!
  • Śniadanie jest bardzo ważnym posiłkiem podczas dnia! Nie wolno go olewać!
  • Starczy Wam dobre śniadanko i pyszny duży obiadzik ale... żadnego jedzenia po 20-tej!!! Wieczorem można szamnąć albo ew. jakieś gorzkie jabłuszko, albo pić wodę ;)))
  • Organizm podczas całego dnia jest w stanie wydalić tyle cofeiny ile jest zawarte w jednej filiżance kawy. Każda ilość więcej jest zła! Polecam kawkę godzinkę po śniadaniu, robi dobrze metabolizmowi ;)))

WNIOSKI?
Hm... Jakie wnioski? Można zamiast jednego kotleta z ziemniaczkami, przyjąć powiedzmy dwa kotlety ale z suróweczką! Kochacie ziemniaczki? Takie młode, okrąglutkie? Super! Zjedzcie nawet dwa talerze ale z cebulką i bez mielonego ;) Zapomnijcie o chlebku czy bułeczce do kiełbaski z grila czy z patelni oraz o piciu podczas jedzenia! Wierzcie mi, to tylko sprawa psychiki a nie potrzeb! Można się przyzwyczaić jak do gorzkiej kawy! Do tego wszystkiego odrobina sportu, na przykład brzuszki przed spankiem, jakiś rowerek raz na czas, basenik ze dwa razy w tygodniu, może kilka pompek i... sukces murowany! Zapewniam ;) GWARANCJA

To dobra informacja dla wszystkich tych, którzy po zastosowaniu ww. zasad, nagle pozbędą się brzuszków i różnych dolegliwości wynikających ze złego żywienia. Jeżeli się bardzo stęsknicie za swoim tłuszczykiem... wystarczy zacząć jeść tak jak się jadło wcześniej a powrót do stanu sprzed "dietki" gwarantowany!!! :))) ale czy warto?


16 maja 2014 r.
Właśnie mija 14 miesięcy od momentu, kiedy po raz kolejny postanowiłem wprowadzić powyższe dietetyczne zasady w życie. 14 miesięcy temu, ciężką pracą dorobiłem się 126,5kg! Zaczęło mi to trochę przeszkadzać. Jak to wygląda dziś? Dzisiejszy pomiar na tej samej wadze to 97,2kg więc… Zjazd prawie 30kg! Uważam to za spore osiągnięcie, zwłaszcza w świetle powszechnej wiedzy, że odchudzanie po 40-tce nie jest wcale takie łatwe. Okazuje się, że jest nie tylko łatwe ale i bardzo przyjemne! :) Wszystkie (opisane w 2000 roku) zasady mają nadal cudowne moce. Stosując te zasady ani razu nie miałem jakichś dziwnych bólów głowy, katarów, kaszlu. Czułem się świetnie i bardzo dobrze spałem, prawie zawsze nurkując w krainie bardzo przyjemnych snów!

Co nowego pojawiło się w moich zasadach ostatnio?

Otóż prawie całkowicie wyeliminowałem pszenicę, która przez wielu nazywana jest trucizną XX wieku (XXI zapewne też!). To ona najpewniej jest przyczyną tego, że żyjemy w czasach największej masowości i popularności sportu i jednocześnie czasach największej otyłości ludzi. Gluten robi swoje i nie ma na niego siły poza… eliminacją!

Kolejna sprawa to sport. Wszyscy, którzy mnie znają to wiedzą, że nie jestem zwolennikiem zmuszania się do czegokolwiek. Moja teoria głosi, że o ile (te założenia są bardzo ważne!) nie pracujesz ciałem, nie planujesz zwyciężać w jakichś mega zawodach sportowych, mistrzostwach świata czy olimpiadach i co najważniejsze nie kochasz masochistycznego katowania swojego ciała to… nie rób tego!! Nie ma sensu zmuszanie się do robienia czynności niegodnych filozofa jak tego nie lubisz. Człowiek nie jest stworzony do biegania po lasach i polach. Nie ma sensu robienie setek ćwiczeń swoim ciałem, tysięcy powtórzeń ciężarami, biegania setek kółek wokół bloku czy jeżdżenia dziesiątek kółek wokół województwa, skoro nie sprawia Ci to mega frajdy! Każda z tych czynności wykonywana na zasadzie „heh jeszcze MUSZĘ dziś zrobić to czy owo” po pierwsze – nie daje Ci frajdy teraz, a po drugie nie da Ci frajdy w przyszłości, gdyż wcześniej czy później zaniechasz tych działań a to z racji wypadu na wakacje, a to z racji choroby, a to z racji brzydkiej pogody czy w końcu ot tak bo już Ci się nie będzie chciało i… efekty wezmą w łeb zderzając się z tym większą siłą z efektem jojo. Wiem co mówię. Był czas kiedy dużo biegałem, chodziłem na siłownię i ostro się katowałem. Zawsze czułem zadowolenie ale po! Kiedy właśnie po skończonym treningu i kąpieli miałem poczucie „dobrze spełnionego obowiązku”. Teraz już wiem, że sport jest super ale tylko pod warunkiem, że daje Ci frajdę i uprawiasz go nie na zasadzie „heh jeszcze MUSZĘ dziś zrobić to czy owo” a bardziej na zasadzie „nie mogę się doczekać!”. Ja tak mam w temacie siatkówki. Nie mogę się doczekać kolejnego grania! W opisywanym czasie grałem średnio 2 razy w tygodniu. Zdarzało mi się siąść na rower ale jeszcze szybciej z niego schodziłem zgodnie z odczuwanym dyskomfortem albo bezsensownego kręcenia w kółko nogami albo z przemieszczania się z punktów A do B gdy w żadnym z nich być nie potrzebowałem :) Nie czułem też potrzeby pochwalenia się tym na Facebooku, co jak rozumiem jest ważnym celem wielu obecnie trenujących :) OK – niech każdy robi to co lubi! To tylko moja teoria na ten temat. Teoria, dzięki której nie tracę czasu na czynności, których nie mam ochoty robić a skoro efekt i tak osiągnąłem – no to pełnia szczęścia :)

Następna sprawa to alkohol… Najkrócej to ujmując powiem, że jego picie nie przeszkadza w mojej diecie :) oczywiście nie piszę tu o codziennym opijaniu się piwskiem ale drineczek czy dwa dziennie (trzy już może nie!) nikomu nie zaszkodzą na pewno, a są teorie które głoszą, że odrobinka alkoholu nawet codziennie pomaga organizmowi ogarniać niektóre sprawy, jak choćby oczyszczanie żył czy inne takie :)

Wiele osób nawet jak już poznało zasady to pyta co i kiedy jeść. Niestety nie jestem w stanie każdemu projektować jadłospisu ale… mogę napisać jak to jest u mnie. Napiszę oczywiście ogólnie bo nie każdy dzień wygląda tak samo a i nie odmawiam sobie przyjemności jak mam na nie wielką ochotę (nawet z glutenem!). Dzień zaczynam od picia wody. Około pół literka z rańca. Średnio po około 2 godzinach od pobudki jem śniadanko. W tygodniu w pracy jest to kilka kromek żytniej Wasy z serkami Tartare czy Almette (tyle by całe opakowano wyczerpać czyli 5-6 szt.). W weekendy jajecznica na boczku (4 jajca) + pomidorki, czy moje ulubione bułki z dynią i ze szczypiorkiem! Oczywiście jedzenia nie popijam niczym. Po godzinie od śniadania czas na uwielbianą kawę, która poza tym, że dobrze smakuje to jeszcze fajnie reguluje w bebechach różne czynności. Jedną. Tylko jedną dziennie. Obiad jem z reguły między godziną 16 a 17. Najczęściej jest to jakieś mięso (uwielbiam łososia) z albo pomidorami albo sałatką. Dużą sałatką! Nie jem prawie wcale ziemniaków czy makaronów. Lubię ale potrafię bez nich żyć i nie tęsknię :) Oczywiście jak już mnie weźmie na podsmażane ziemniaczki to… też z pomidorami czy warzywami ale już nie z mięsem! Godzinkę po obiedzie można coś wypić ;) Do niczego nie namawiam ale Cola tez fajnie reguluje w żołądku. Heh lubię sobie po obiedzie coś słodkiego wsunąć. Czekoladki czy inne takie. Nie są dobre dla diety ale… bardzo poprawiają samopoczucie :) Około godziny 20-21 jak mnie głód ściąga do kuchni to… wsunę sobie chętnie jakieś 1-2 jabłka czy ogórki jakieś czy… pokroję pomidorki (albo te suszone ze słoika!). Tak – podstawa mojej diety to na pewno wszędobylskie pomidory, które również uwielbiam! Później już tylko picie. Woda najczęściej ;) Podoba Wam się? Polecam… Można się przyzwyczaić a radość z efektów długotrwałych (spadek wagi i dobre samopoczucie) jest o wiele większa, niż z tych krótkotrwałych ( głównie smakowych), jakie się ma podczas jedzenia np. jajecznicy z bułką czy chlebka do karkówki na imprezie z grillem… Co więcej – z czasem zauważyłem, że takie przezwyciężanie tych pojedynczych pokus jest nawet przyjemne :) Powodzenia!
 

Tło:

zamknij

© 2018 Sławek hesja Krajniewski

Polityka prywatności

Wykonanie: DRE STUDIO Agencja kreatywna